Ariana | Blogger | X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Recenzja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 sierpnia 2018

Gdy kobiecie jest źle...

Tym razem bez wstępu, ot co.
Na początkowych stronach „Dietolandu” poświęconych wprowadzeniu w świat przedstawiony główna bohaterka jawi się jako osoba zwyczajnie dziwna i nieciekawa. Nastawienie zmienia się wraz z fabularnym powrotem w retrospekcji do dzieciństwa Plum, jednak wówczas pojawia się infantylność, warunkowana tym, w jaki sposób ta postać patrzy na świat. Retrospekcja oczywiście pozwala nam zrozumieć, dlaczego dorosła Plum podchodzi do swojej otyłości w taki a nie inny sposób, ale tym samym przywiera do niej naiwność, która będzie jej nieodzowną cechą do końca lektury. Nawet po przemianie, trudno traktować ją z całkowitą powagą. Politowanie wzbudzają takie sceny jak kłótnia z kurierem na rowerze, ale jednocześnie pozwalają na wytworzenie się między czytelnikiem a Alicią (to jej prawdziwie imię) silnej więzi — sympatii, jaką obdarza się nieporadne, ale chcące być postrzegane jako harde, koleżanki.

To nie ja, lecz Szymborska (wykonała)
Jako osoba wyczulona na tematykę otyłości, szczególnie zainteresowany byłem przyczynami nadwagi głównej bohaterki. Często bowiem bywa, że autor obdarza swoją postać irracjonalnymi pobudkami. U Plum po prostu zawiniły geny.
Tym ciekawsza wydaje się jej walka ze zbędnymi kilogramami, z góry skazana na niepowodzenie. Autorka tworzy bohaterkę-symbol, jedną z miliona kobiet, dążącą do osiągnięcia wyglądu, jakiego oczekuje od niej społeczeństwo kierowane stereotypami. Droga, jaką pokonuje Plum do zaakceptowania swojego wyglądu, pełna jest ironii i krytyki wymierzonych w stronę twórców programów odchudzających, mediów i tym podobnych. Słowem: w odpowiedzialnych za kreację obraz idealnej kobiety w społecznej świadomości i sianie kompleksów w psychice kobiet, które się tej normie wymykają.
Narzędziem, którym z lubością posługuje się Sarai Walker, jest groteska, czasami stosowana aż w nadmiarze. Walker zaskakuje swoją pomysłowością przejawiająca się w skutkach „efektu Jennifer” (nie chce spoilerować), ale nie unika przesytu prowadzącego do zniesmaczenia i całkowitego oderwania od rzeczywistości. Myślę, że przekaz książki niewiele by stracił, gdyby zrezygnowano z „czarnej listy penisów”. To zestawienie nazwisk mężczyzn, z którymi nie wolno uprawiać seksu, jeżeli chce się żyć. Kontrowersyjne, ważne? Śmieszne.

A skoro o bohaterach, warto zauważyć, że Sarai Walker ogranicza liczbę bohaterów męskich do minimum, umieszczając ich wyłącznie w rolach epizodycznych. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę feministyczny charakter powieści, która jest opowieścią o łamaniu powszechnego modelu piękna, próbie zaakceptowania siebie, rozgrywającą się na tle wydarzeń, które za sprawą nieznanej Jennifer obracają życie społeczne do góry nogami. Muszę przyznać, że bardzo pomysłowa i kusząca wydała mi się wizja, w której znika wszechobecna nagość i uprzedmiotowienie kobiecego ciała na rzecz męskiego ciała. Co wydało mi się niepokojące w trakcie lektury, to fakt, że odwrócenie roli jest elementem groteskowym, a więc humorystycznym. Negliż mężczyzn bawi czytelnika, a w świecie fabularnym budzi kontrowersje i zniesmaczenie większości społeczeństwa. Dziwne, że nikt nie ma takiego problemu, kiedy chodzi o atakujący zewsząd kobiecy negliż, ba, wielu traktuje to jako coś normalnego i oczywistego. I to powinno zmusić czytelnika do refleksji.

Język powieści, jak na powieść feministyczną przystało, nierzadko bywa wulgarny. Zdecydowanie też większa uwaga jest poświęcona cielesności kobiet. To z pewnością przekłada się na siłę komunikatu, jaki chce nam przekazać autorka poprzez historię Plum, zachęca do mówienia o swoim ciele bez żadnych tabu, przede wszystkim do polubienia swojego ciała. Niemniej jednak Walker i z wulgarnością przesadza. Co prawda rzadko, bo rzadko, ale próba wzbudzania kontrowersji bez żadnego większego celu, niż tylko taki, żeby było kontrowersyjnie (jak to brzmi!) to zabieg, który nie powinien przydarzyć się tej historii.

Książka zbudowana jest z dwóch płaszczyzn: pierwszą jest obszerniejsza historia Plum, a na jej tle śledzimy poczynania tajemniczej Jennifer, ściślej mówiąc, śledzimy doniesienia o jej czynach w największych mediach. Początkowo nie widziałem sensu umieszczania obok siebie tych niepowiązanych w żaden sposób historii, ale jak się okazało, wcale nie są takie odrębne i im bliżej końca lektury, tym więcej się dowiadujemy, a sam zabieg wreszcie nabiera znaczenia. Głównym tematem „Dietolandu” jest postrzeganie przez współczesną kobietę (swojej) nadwagi; to ta o wiele szerzej rozwinięta historia Plum. Jennifer za to jest narzędziem, który pozwala w opowieść o problemach głównej bohaterki wpleść inną ważną tematykę dotyczącą kobiet m.in. upośledzone postrzeganie gwałtu jako winę ofiary czy uprzedmiotowienie kobiet wciąż widoczne w wielu sferach życia.

Początkiem czerwca br. premierę miał serial oparty na książce
„Dietoland” to momentami dziwna, infantylna i irracjonalna historia, ale ogólnie rzecz biorąc, to interesujący opis zachodzących w społeczeństwie paradoksów, których ofiarami są kobiety. To pozycja na wskroś feministyczna, z pewnością godna przeczytania.

P.S Nie do końca zrozumiałem nawiązywanie do „Alicji z Krainy Czarów”, będę wdzięczny jeżeli ktoś, kto już książkę przeczytał, wytłumaczy mi, po co autorka sięga po powieść Carrolla. 

poniedziałek, 2 lipca 2018

Znowu przeczytałem biografię celebryty

Chwalisz się czy żalisz?
To pewnie wasza pierwsza myśl.
Ale od początku.
Wyłapałem ostatnio w odmętach Internetu (wciąż jest on dla mnie rzeczownikiem własnym) promocję, na którą dałby się nabrać każdy nałogowy czytacz: piętnaście książek za niecałych sześćdziesiąt złotych. Nie powinienem być zdziwiony, kiedy już otworzyłem pudło z księgarni i zobaczyłem mieszaninę harlequinów, tanich kryminałów i biografii celebrytów. A jednak byłem. Szybko dokonałem podziału na to, co da się czytać i na to, co schować gdzieś na dnie biblioteczki; palić ani oddawać tych szkarad nie chciałem, bo mimo wszystko to moje –– choć ohydne — dzieci. Na pierwszej kupce jakiś reportaż o Rosji i biografia Michała Piróga, o drugiej nie wspomnę, skwitujmy to milczeniem.


Pomyślałem, „Czemu nie, mogę dziabnąć trochę tej biografii". A to dlatego, że ujęła mnie dedykacja, którą przytaczam:

Książkę dedykuję wszystkim, którzy z powodu poglądów politycznych, wyznania, koloru skóry czy orientacji seksualnej muszą każdego dnia udawać kogoś, kim nie są. Życzę Wam, żeby nadszedł taki dzień, w którym każdy z Was poczuje się w pełni wolny.

Koniec cytatu. Kto może dedykować książkę o sobie do takich ludzi, jeżeli nie człowiek, który z jakichś powodów jest inny i tę swoją inność nosi jak Jedi świetlny miecz?*
Szczerze, niewiele na temat Piróga wiedziałem, prócz tego, że mignął mi parę razy w programach TVN-u. No więc zaciekawiony zacząłem lekturę, a ta od początku wciągnęła mnie głównie ze względu na lekkość przekazu. Michał mówi o sobie, jakby akurat prowadził z nami rozmowę, czasami jego wypowiedź przerywana jest kwestiami osób z otoczenia. Dlatego tak przyjemnie się ją czyta: wystarczy siąść i słuchać. Nie wymaga to od nas zbyt wielkiego wysiłku.

Ale ta lekkość przypłacona jest spłyceniem życiorysu naszego obiektu zainteresowań. Poznajemy go z jednej perspektywy, wypowiedzi bliskich są przytaczane wyłącznie w celu podtrzymania zbudowanego/narzuconego już sposobu postrzegania, wszystkie są do siebie bliźniaczo podobne. Bo ja bym najchętniej wszystkie biografie dał do zrobienia Grzebałkowskiej, no ale a) Grzebałkowska wszystkich nie opisze b) celebrytom nie zależy na szczegółowej, fascynującej biografii, która sprowokuje do myślenia. Taki ze mnie już idealista i wierzę, że każdy z nas ma niesamowicie interesujące życie, może swoim postępowaniem zmienić coś w postrzeganiu świata u innych. No i tutaj się raczej nie mylę. Ale nie wszystkim zależy, żeby to pokazać, a już na pewno nie gwiazdom, dla których taka lekka biografia to okazja do połechtania ego i zarobku.


A skoro o łechtaniu ego, to muszę zauważyć, że nieważne jak bardzo starałby się przedmiot biografii (niekoniecznie Piróg, to dotyczy wszystkich tego typu produktów) zawsze znajdzie się taki fragment rozmowy, który zabrzmi trochę samochwalstwem. Mnie szczególnie mocno w pamięci utkwiły te słowa:

Z Oshrinem dobraliśmy się pod każdym względem. Fizycznym też. Uwielbiałem się z nim kochać. Kiedy po rozłące z powrotem znalazłem się w naszym izraelskim mieszkaniu, od progu zaczęliśmy się całować. I nagle poczułem, że Oshrin już doszedł, mimo że dopiero się witaliśmy. To było wspaniałe uczucie. Dowód na to, jak bardzo mnie pragnął.

Tak, wszyscy cenią sobie otwartość i szczerość, ale właściwie co biografowany chciał nam przekazać w ten sposób? Czy tylko pokazać miłość swojego partnera, którą i tak podkreśli w rozmowie jeszcze wielokrotnie? Proszę zauważyć, że prowokuję czytelników do myślenia! Miałem jeszcze ponarzekać na to, że od pewnego momentu biografia porusza się tylko po temacie homoseksualizmu, nawet rozdziały są podzielone według poszczególnych partnerów, ale doszedłem do wniosku, że w końcu miłość to bardzo absorbujący naszą codzienność czynnik, więc nie mam się do czego przyczepiać. A od serca dodam, że młodość Michała Piróga jest naprawdę interesująca, szczególnie spodobała mi się jego brawura, działanie pod wpływem impulsów i bezczelność. Takich ludzi bardzo lubię i szanuję.

Co jeszcze czyni biografie celebrytów takimi pociągającymi? To, że możemy choć na chwilę skosztować ich życia. I bynajmniej nie jest to rzeczywistość, w której trzeba się hamować z kupowaniem książek, żeby przetrwać kolejny miesiąc. To też możliwość wysłuchania kolejnej historii człowieka, który z pucybuta stał się milionerem, dzięki swojej determinacji i wierze w spełnienie marzeń. Jest to z pewnością zaspokojenie jakiejś naszej wewnętrznej potrzeby na przeżywanie takich losów, bo wierzymy, że jeżeli innym się udało, to tak samo będzie z nami. Nawet jeżeli nie robimy nic, by nasze ambicje i marzenia spełniać.

Nie mam oczywiście Michałowi Pirógowi za złe tego, że postanowił sprzedać nam taki jednostronny i spłycony obraz siebie. Przytoczył parę anegdot, powiedział coś od serca, zapewnił mi rozrywkę na kilka wieczorów, a tekst został świetnie zredagowany — to wystarczy, żeby „Chcę żyć" spełniło swoje zadanie, jakim jest zainteresowanie odbiorcy. Swoją drogą trochę to dziwny tytuł dla biografii, jakby ktoś zabraniał Pirógowi żyć albo jakby był to jakiś manifest samobójcy po kilku próbach. Jak dla mnie niepotrzebne nadęcie.


Chciałem, żeby ten tekst nie był tylko i wyłącznie recenzją, ale żeby spojrzał też szerzej na popularne zjawisko wydawania biografii gwiazd. Mam nadzieję, że mi się udało, a czułbym się jeszcze lepiej, gdyby zrodził w was jakąkolwiek myśl (niekoniecznie, że jestem debilem etc.).
___
* Jest to cytat z piosenki „Ej Maria"
P.S. Edytor tekstu ciągle podkreśla mi słowo „celebrytów" i zastanawiam się, dlaczego tak jest. Wydaje mi się, że to już całkiem dobrze przyswojone w języku polskim określenie. Intrygujące!

sobota, 30 czerwca 2018

Agroturystyka w Żmijowisku

„Żmijowisko", Wojciech Chmielarz, wyd. Marginesy, 2018

Obiecałem sobie, że nie powiem ani słowa na temat warstwy psychologicznej całej opowieści, bo ten temat przewija się w każdej opinii, jednak jest to thriller psychologiczny, więc trudno to przemilczeć, tym bardziej, że Chmielarz jest bardzo dobrym obserwatorem. Powołuje do życia postacie ciekawe i bardzo skomplikowane, każdą z nich obdarzając rozbudowanym portretem psychologicznym. Dla mnie szczególnie interesującymi kreacjami są postaci Marry, Damiana i Arka. Autor pozwala nam poznać ich zachowania w różnych okolicznościach. Nie stroni od konfrontowania ich z ekstremalnym sytuacjami. Mamy do czynienia z osobami tak różnymi, że ciężko podzielić ich na tych złych i dobrych. Budowanie relacji z innymi bohaterami, ich myśli oraz zachowania są przedmiotem analiz nie tylko narratora, ale i czytelnika, który w trakcie lektury jest stale pobudzany do refleksji nad wieloma zagadnieniami. To czyni „Żmijowisko" lekturą wyczerpującą ze względu na zaangażowanie w opisywane zdarzenia, przeżywanie ich na równi z bohaterami. Aktywny udział w akcji dodaje książce atrakcyjności i sprawia, że nie zapomnimy o powieści jeszcze na długo po odłożeniu jej na półkę.

Nie bez powodu akcja osadzona jest głównie w niewielkim Żmijowisku. To pozwala autorowi na budowanie specyficznej atmosfery, która powstaje na wskutek połączenia współczesnej, sielankowej wsi i baśniowości skrytej w otaczających miejscowość jeziorach oraz gęstych lasach. Ta niesamowitość jest z początku niezauważalna, odkrywana jest z biegiem historii, która zaczyna robić się coraz bardziej tajemnicza i niepokojąca. Fabuła początkowo mocno osadzona we współczesnych realiach pod koniec tę rzeczywistość rozmazuje, w powietrzu można wyczuć niepokój, w pewnej scenie autor zaprzęga nawet siły nadnaturalne, ale udaje mu się to zrobić w sposób nie wzbudzający litości czy zażenowania. Zakończenie książki, czyli wyjaśnienie całej historii, tylko wzmaga poczucie grozy i niepewności, zostawiając czytelnika z poczuciem uczestnictwa w niesamowitych zdarzeniach.

A sama historia? To narzędzie do stawiania bohaterów w różnych sytuacjach, jest ważna, ale nie stoi na pierwszym miejscu. Jak na thriller zresztą nie rozwija się w zawrotnym tempie, ma tendencję do rozwidlania się na mniejsze – ale niemniej interesujące – wątki poboczne. Trzeba jednak przyznać, że po scenie, w której dochodzi do konfrontacji ojca Damiana z własnym synem oraz Marry, akcja zaczyna pędzić coraz szybciej w kierunku finału, który, jak na thriller psychologiczny przystało, wzbudza dreszcz emocji i szokuje. I kiedy czytelnik czuje się już bezpiecznie, pogodzony z rozwiązaniem, Wojciech Chmielarz znów zaskakuje i wbija swojego odbiorcę w fotel. Zwieńczenie tej historii to prawdziwy majstersztyk, który nie tylko szarga emocjami czytelnika, ale pozostawia go jeszcze z wieloma pytaniami, na które sam musi sobie odpowiedzieć. Gdybym miał opisać tę lekturę jedynym zdaniem, brzmiałoby tak: „Żmijowisko" przykuwa interesującą galerią postaci, analizą ich osobowości i niepowtarzalnym klimatem, tym samym fundując rozrywkę na najwyższym poziomie. Polecam gorąco!

Tekst powstał we współpracy z wydawnictwem Marginesy.

czwartek, 21 czerwca 2018

Czy naprawdę mogę umrzeć, wyciskając pryszcza na nosie?


Gdyby nasze ciało potrafiło mówić, to byłby to długi monolog o tym, co robimy źle, bo – taka mnie błyskotliwa refleksja naszła podczas lektury – człowiek ma patologiczną potrzebę/zdolność do autodestrukcji, chociaż wydaje mu się, że robi dla siebie wszystko co najlepsze. A ponadto ma talent do tworzenia naprawdę dziwnych problemów

Dlaczego drapanie się jest takie przyjemne? Ile trzeba spać? Czemu seks u ludzi wygląda, jak wygląda? I dlaczego nie istnieje viagra dla kobiet? Czy obcisłe spodnie mogą zabić? Czy można sobie zrobić dołeczki w policzkach? Czy naprawdę można umrzeć od wyciskania pryszcza na nosie? James Hamblin, lekarz i dziennikarz, tłumaczy zawiłości anatomii i fizjologii, rozprawia się z popularnymi mitami dotyczącymi zdrowia i demaskuje marketingowe oszustwa firm producentów suplementów i zdrowej żywności. A wszystko to w przystępny, zabawny i wciągający sposób – w końcu odpowiada także na pytanie: Na czym polega uzdrawiająca moc śmiechu?

Książka ta klasyfikowana jest jako podręcznik akademicki lub powieść popularnonaukowa, w rzeczywistości jednak przypięcie jej gatunkowej łatki wcale nie jest takie łatwe. To dlatego, że choć James Hamblin trzyma się biologicznej tematyki, bardzo płynnie porusza się też w innej (ale powiązanej) problematyce. Okazuje się, że nasze anatomiczne sekrety mają duży wpływ na kształt społeczeństwa, przemiany w jego obrębie i nawet na bieg historii, co teraz wydaje mi się oczywiste, ale wcale takie nie było przed lekturą książki. A autor z lekkością i wielką radością przybliża nam te zależności, uzmysławia silne powiązania historii z biologią, co mnie niezmiernie fascynuje. Choć zdarzały się momenty, kiedy kontekst historyczny był przybliżany nazbyt szczegółowo, stawał się nużąco długi. Ale to sporadyczne przypadki. W zdecydowanej większości było to ciekawe urozmaicenie treści, tym bardziej, że Hamblin jest naprawdę interesującym mówcą/pisarzem.

Jedna z wielu ilustracji |źródło|

Bardzo przypadła mi do gustu forma książki, wydanie jest bardzo estetyczne i solidne, Marginesy znów nie zawodzą. Konstrukcja podtytułów nasuwała mi skojarzenia z wyszukiwaniami w Google, autor nieraz wykorzystywał je w sposób humorystyczny, są także narzędziem do budowania luźnego klimatu. Hamblin w ogóle ma ciekawe poczucie humoru i nie szczędzi czytelnikowi nieco zgryźliwych żartów. W swojej pracy rozprawia się z wieloma teoriami guru medycyny alternatywnej, obnażając irracjonalność ich zapewnień. Nie pozostaje też dłużny wobec Vitaminwater, nadużywaniu multiwitamin czy lęku przed glutenem. Notabene w trakcie lektury myślałem sobie, że byłoby dobrze, gdyby ktoś w taki sposób rozprawił się z Jerzym Ziębą, a chwilę później dowiedziałem się o pozwie ze strony Dawida Ciemięgi. Co za wspaniały zbieg okoliczności!

James Habmlin porusza popularne wątpliwości dotyczące naszego ciała, ale dotyka też kwestii, o których raczej nie myślimy, choć są bardzo interesujące. Nie pamiętam już lektury, która by nauczyła mnie tylu nowych rzeczy, dając jednocześnie taką radość z poszerzania wiedzy! Zachęcam każdego, kto jest choć trochę zainteresowany ciałem człowieka i wszystkimi magicznymi procesami, które w nim zachodzą do przeczytania tej pozycji. Jest interesująca, omawia najprzeróżniejsze aspekty naszej anatomii, bawi i uczy. Wyśmienita mieszanka.

Tekst powstał we współpracy z wydawnictwem Marginesy.

P.S Można umrzeć od wyciskania pryszcza, kiedy żyły odprowadzające krew z nosa przeniosą infekcję bakteryjną (tym jest pryszcz) do części czaszki, którymi krew odpływa z mózgu i dojdzie do powstania zatoru w zatoce jamistej. Ale! Naprawdę rzadko dochodzi do takiej sytuacji i można ją łatwo wyleczyć dzięki antybiotykom.

wtorek, 3 kwietnia 2018

Mózg Superstar


Mózg. Każdy ma, nie każdy używa. To mi się oczywiście powiedziało bardzo metaforycznie, bo żebyśmy mogli funkcjonować, mózg musi być ciągle w ruchu. Ale nie o tym, o tym przecież wie każdy. Są jednak inne kwestie dotyczące naszego niezastąpionego narządu, które nas frapują, ale na które nie znamy odpowiedzi. Tu z pomocą przychodzi Kaja Nordengen – młoda badaczka i neurolog – ze swoją popularnonaukową pracą „Mózg rządzi" i robi z mózgu gwiazdę, bo naprawdę jest co podziwiać i poznawać. 

Publikacje popularnonaukowe mają to do siebie, że rozkładają skomplikowane sprawy na prostsze w zrozumieniu mechanizmy, uogólniając, bo chodzi o to właśnie, żeby odbiorca z grubsza miał pojęcie, o co chodzi. Szczegółami zajmują się naukowcy. Szarym zjadaczom chleba nie są potrzebne, a już na pewno nie są dla nich łatwe w zrozumieniu i przyswojeniu. Toteż „Mózg rządzi” jest książką, która w sposób przystępny omawia mechanizmy działania naszego najcenniejszego narządu. Imponuje zakres poruszanych tematów; od fizycznego rozwoju mózgu na przestrzeni lat przez to w jaki sposób powstają emocje i jak działa to na nas oraz otoczenie po tajniki tego, w jaki sposób przyswajamy wiedzę. Praca zawiera wnioski z najnowszych badań nad mózgiem, chociażby wyróżnionego Noblem odkrycia GPS mózgu. To cieszy, bo takie bycie na bieżąco z najnowszymi odkryciami daje mnóstwo satysfakcji.


Działanie mózgu to temat rzeka, o którym można by pisać w nieskończoność. Kaja Nordengen ogranicza się jednak do prostego języka, omawiając krótko, ale treściwie kolejne problemy, a podział treści na krótkie podrozdziały pozwala na wygodne dawkowanie sobie kolejnych stron. Prawda jest jednak taka, że jak już się zacznie czytać „Mózg rządzi”, trudno się oderwać od lektury. I to nie tylko ze względu na prosty styl i interesujące tematy. Autorka zabawia czytelnika, sypiąc żartami i anegdotami zarówno z życia znanych osób, jak i opowiadając o własnych przeżyciach. To się przekłada na szybkie nawiązanie sympatii z panią neurolog, tym bardziej, że zwraca się bezpośrednio do swojego czytelnika.

„Hjernen er stjernen” cieszyło się w swoim kraju wielką popularnością, co doskonale obrazuje atrakcyjność tej pozycji. Prócz podstawowej wiedzy o budowie i funkcjonowaniu mózgu potrzebnych do zrozumienia nurtujących kwestii, dowiemy się z książki Nordengen wielu ciekawostek dotyczących naszego niezastąpionego mózgu. Rozprawimy się z mitami, które chętnie mnożą się wokół tego tematu. I przede wszystkim zafundujemy sobie pożyteczną rozrywkę. Gorąco polecam!

Tekst powstał dzięki współpracy z wydawnictwem Marginesy.

sobota, 17 marca 2018

Małżeństwo i syf na biurku. Tu pomoże tylko informatyka


Algorytmy – brzmi mądrze (wielu to odpycha) i kojarzy się z tą ciemną mocą, która ucina zasięgi w mediach. Budzą też skojarzenie z matematyką, udręką wielu, dlatego to pojęcie nie cieszy się szczególną sympatią wśród zwykłych zjadaczy chleba, brzmi chłodno i obco. Ale w rzeczywistości są to po prostu ciągi pewnych działań prowadzące do rozwiązania (lub wykazania nierozwiązalności) postawionych problemów. I nie, nie muszą być to zagwozdki z kosmosu, bo algorytmy pomogą rozwiązać ci trudności związane z codziennością. Sami z wielu algorytmów korzystamy nieświadomie. Wystarczy spojrzeć na swoje biurko zawalone papierami. Wygląda jak nieokiełznany chaos, ale w rzeczywistości jest to bardzo wydajny sposób sortowania. Dziwne? Nieintuicyjne.

„Algorytmy. Kiedy mniej myśleć” można traktować dwojako: trochę jak kolejny poradnik mówiący nam, jak mamy żyć, żeby z tej marnej egzystencji wyciągnąć wszystko najlepsze i jako fascynującą książkę, której celem jest pokazanie czytelnikowi, ile korzyści może czerpać ze znajomości algorytmów oraz z ich wykorzystania na co dzień. Ta praca różni się od poradnika z listy bestsellerów brakiem motywacyjnego, nacechowanego emocjonalnie stylu, bo nie zależy jej na tym, żeby przekupić odbiorcę miłymi słowami. Po prostu proponuje mu korzystne rozwiązania i jeśli czytelnik zechce z nich skorzystać, najzwyczajniej to zrobi. Autorzy wierzą w jego inteligencję. W tej pozycji nie spotka się też rad bez pokrycia, bo wszystkie biorą się z algorytmów, które czarno na białym wykazują wydajność wskazań. Czytelnik raz po raz zaskakiwany jest tym, jak wiele z naszym życiem mają wspólnego procedury programistyczne.


Algorytmy nie tylko podpowiadają najlepsze decyzje, ale także udowadniają, że nasza intuicja nie zawsze idzie w parze z wydajnością. Autorzy przytaczają liczne sytuacje, kiedy racjonalne – z naszego punktu widzenia – zachowania wcale nie są dobre. Dlatego z lekturą „Algorytmów...” wiążą się ciągłe zainteresowanie i zaskoczenie. Czytelnik zaczyna coraz więcej myśleć, zauważać analogie między pracą komputera a życiem i sprawia mu to niesamowitą przyjemność. Zadowolenie z lektury jest tym większe, że zawiera liczne przykłady zastosowań algorytmów na innych polach niż informatyka (na przykład segregowanie książek w największych bibliotekach świata wiąże się właśnie z wykorzystaniem algorytmów), anegdoty i jest pisana prostym językiem. Tom Griffiths i Brian Christian są informatykami z wieloletnim stażem, dlatego potrafią podejść do odbiorcy nieorientującego się w temacie w taki sposób, żeby mógł wszystko zrozumieć. Bez niepotrzebnych komplikacji.

Przyznaję, że z początku obawiałem się tej książki. Czy na pewno ją zrozumiem? Czy algorytmy mają sensowne zastosowanie poza informatyką? Autorom udało rozwiać się moje wątpliwości i jednocześnie wzbudzić zainteresowanie tą tematyką. Zastosowanie algorytmów w codziennym życiu może zwiększyć wydajność naszych działań. Bynajmniej nie polega to na ciągłym majstrowaniu przy kalkulatorze i skomplikowanych obliczeniach. Jest to o wiele łatwiejsze, niż podpowiada nam intuicja. Chociaż pierwsze strony „Algorytmów...” wcale nie prezentują się interesująco, przebrnijcie przez nie, bo później zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Mnie książka przypadła do gustu, pomimo że matematyka i informatyka nie leżą w kręgu moich zainteresowań. Jestem przekonany, że spodoba się także tobie!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję
P.S Nie segregujcie/porządkujcie mailów. Algorytmy udowadniają, że to marnotrawstwo czasu.

wtorek, 30 stycznia 2018

Co zobaczyła kobieta w oknie?


Ta recenzja miała zupełnie inaczej wyglądać, bo, wiecie, lubię sobie notować rzeczy, o których chciałbym później napisać w recenzji. Nie wziąłem jednak pod uwagę tego, jak bardzo przewrotnym thrillerem będzie „Kobieta w oknie” i po skończonej lekturze większość moich spostrzeżeń się przedawniła. Supersprawa. W ogóle książka A. J. Finna robiła ze mną, co chciała: z początku stworzyła złudzenie o zupełnie innej historii, potem miałem ochotę rzucić nią w kąt (była tak nudna), żeby wreszcie nie móc się od niej oderwać. Nie dość, że „nieodkładalna”, to jeszcze zaskakująca i wzbudzająca wiele emocji.

Czy zawsze można wierzyć własnym oczom? Anna Fox straciła wszystko: szczęśliwą rodzinę, pracę oraz zdrowie. Od miesięcy nie postawiła stopy za progiem domu. Całe dnie spędza w Internecie, przed telewizorem lub szpiegując sąsiadów za pomocą aparatu fotograficznego. Pozbawiona własnego życia coraz bardziej zaczyna przeżywać cudze… Najwięcej uwagi poświęca Russellom, rodzinie nowej w tej okolicy i tak podobnej do tej, którą jeszcze niedawno sama miała. Jednak pewnej nocy widzi coś, czego nie powinna oglądać. Jej świat się rozpada, a na jaw wychodzą szokujące sekrety. Co jest prawdą, a co zmyśleniem? Kto jest w niebezpieczeństwie, a kto panuje nad sytuacją?

Z początku wydawało mi się, że Anna będzie typem wścibskiej sąsiadki, która z nudów czatuje za firanką, by monitorować, co dzieje się w sąsiedztwie. Na kolanach trzyma miskę z jakimiś chipsami, co chwila wyciera ręce o dżinsy, tak tłuste jest to śmieciowe żarcie. Typ nieznośny. Fox jest jednak bohaterką o wiele bardziej złożoną, a przyczyna jej obserwacji zupełnie inna niż nieciekawa egzystencja. Zgoła odmiennie wyobrażałem sobie też główny trzon opowieści, ale ten początkowy zwód bynajmniej nie jest rozczarowujący, choć trzeba przyznać, że kieruje fabułę w stronę dobrze znanych schematów. I do połowy powieści byłem przekonany, iż to kolejna sztampowa historia. Na domiar złego nudna, bo przez blisko dwieście stron nie dzieje się nic ciekawego. Pomyślałem: no cóż, ktoś tu się zbyt zagalopował z wprowadzaniem w świat przedstawiony i zamiast zawiązać akcję, buduje portrety bohaterów, klimat sąsiedztwa gdzieś w Nowym Jorku, z detaliczną dokładnością opisów przedstawia świat głównej bohaterki. I niby zaczyna się trzęsieniem ziemi, jak lubił zaczynać swoje filmy często przywoływany w lekturze Hitchcock (Anna to prawdziwa kinomanka), ale po nim napięcie wcale nie wzrasta.

Autor niedowierzający i podjarany jednocześnie | twitter

To powinno wzbudzić moje podejrzenia, bo w rzeczywistości to, co wziąłem za prezentację miejsca akcji, jest rozpoczęciem historii, które w dalszej lekturze sprawiło, że oszalałem na jej punkcie. To ciekawy chwyt: czytelnik nie rejestruje wszystkich wydarzeń z jakimś szczególnym zaangażowaniem, co później przekłada się na to, że wiele z tych z pozoru nieistotnych informacji nieźle zaskakuje, gdy główna bohaterka, w celu ogarnięcia aktualnych wydarzeń, zaczyna się cofać myślami w czasie. Czytelnik był ślepy na detale, których skonstatowanie mrozi krew w żyłach. Skonstatowanie w odpowiednim czasie, rzecz jasna (borze, jakie trudne do wymówienia słowo). W tym tkwi siła „Kobiety w oknie”. Ale nie martwcie się, to nie jest tak, że przyszedł poppapraniec, zdradził największy sekret sukcesu tej książki i oddala się wesół. No, może półwesół. Nawet jeżeli wytężycie swoją uwagę od samego początku, jestem przekonany, że A. J. Finn będzie umiał Was zaskoczyć. Robi to naprawdę dobrze.

Rzadka sytuacja kiedy w zupełności zgadzam się z blurbami (mówię o dymkach)

Odkąd Anna Fox usłyszała krzyk z drugiej strony skweru, akcja nabiera prawdziwego rozpędu, a autor w całej okazałości prezentuje swoją umiejętność budowania napięcia. W pewnym momencie nie wiedziałem już, kto mówi prawdę, byłem sprzymierzeńcem raz jednej, raz drugiej strony konfliktu. Udzieliło mi się zagubienie głównej bohaterki, nie wiedziałem, co myśleć o opisanych wydarzeniach. Autor z łatwością manipuluje faktami, manipulując także czytelnikiem, by w finale thrillera zapewnić mu emocje, których nigdy nie zapomni. Właściwie do końca nie wiadomo, kto i jaką rolę w rzeczywistości pełni w całej tej złożonej intrydze. Wykorzystuje w tym celu fantastyczny talent do tworzenia dynamicznych opisów. Czytający wciąga się w wir wydarzeń, tętno przyspiesza, pojawiają się wypieki na twarzy, a emocje sięgają zenitu. Naprawdę.

Główna bohaterka – z wykształcenia psycholog dziecięcy – to postać niejednoznaczna, wzbudzająca różne emocje. Z jednej strony współczujemy jej z powodu agorafobii (lęku przed otwartymi przestrzeniami), która więzi ją w domu już przez dziesięć miesięcy. Podziwiamy jej zdolności dedukcyjne, aurę profesjonalizmu, jaką roztacza wokół siebie, choć w rzeczywistości w śledzeniu życia sąsiadów korzysta z niewyszukanych środków. Ale widzimy też Annę Fox, która nieregularne dawki leków miesza z regularnymi i zdecydowanie zbyt wielkimi ilościami alkoholu. Jej irracjonalne zachowanie odrzuca, w pewnym momencie pozbawia wiarygodności. To bohaterka pełna sprzeczności, dlatego tak bardzo realistyczna i intrygująca. Jej portret psychologiczny jest naprawdę bardzo złożony, na co składają się jej wyjątkowe oraz dramatyczne przeżycia. Podziwiam autora za zbudowanie tak misternego portretu. Skomplikowane są również inne osoby biorące udział w akcji. Właściwie trudno o papierowość bohaterów w zderzeniu z wielowarstwową i niebanalną historią, w jaką zostali wplątani.

Podsumowując, debiut A. J. Finna to naprawdę dobry thriller. Pierwsza połowa historii nie jest szczególnie interesująca, ale później czytelnik zostaje wciągnięty w wir wydarzeń, które nie pozwolą odłożyć książki na bok. Autor umiejętnie buduje napięcie i z bardzo dobrym wyczuciem umieszcza zwroty akcji, przyprawiające o szybsze bicie serca. Postacie zostały obdarzone wiarygodnym portretem psychologicznym, szczególnie ciekawą kreacją literacką są Anna Fox i antagonista/ka, kiedy ujawnia się pod koniec książki. Ta lektura z pewnością dostarczy Wam niezapomnianych przeżyć, dajcie jej szansę. Jak trafnie określił to Stephen King – po prostu nieodkładalna.

Tekst powstał we współpracy z Grupą Wydawniczą Foksal.

Premiera: 2 lutego

sobota, 20 stycznia 2018

„Jak zawsze" | Miłoszewski po raz pierwszy

„Jak zawsze” to rodzajowa odskocznia Miłoszewskiego od dotychczasowej twórczości. Autor zdobył sławę w kraju i poza jego granicami dzięki powieściom z prokuratorem Szackim w roli głównej. Kryminał to gatunek, który bardzo lubię, dlatego staram się być na bieżąco z nowościami, jednak z Szackim dotychczas nie było mi po drodze. Tak więc poznaję Zygmunta Miłoszewskiego z innej strony niż jego wierni fani, ale „Jak zawsze” bardzo przypadło mi do gustu i nie mogę się już doczekać lektury jego powieści kryminalnych, bo pewnie jest co czytać.

Para głównych bohaterów zbudowana jest na zasadzie kontrastu. Grażyna – postać najbardziej wyrazista i chyba najbliższa czytelnikowi – ma wewnętrzna potrzebę szukania przygody, przeżywania sytuacji, o których opowiadamy wnukom na starość, tryska energią i optymizmem, przy tym zachowując wyjątkową bystrość i przenikliwość. Ludwik to raczej typ domatora, z pasją oddaje się swojej pracy psychologa, a szeroka znajomość tematu zapewniła mu uznanie w środowisku, ale też wyrobiła nawyk do wykładów, wtrącanych przy każdej okazji w czasie rozmowy. Grażyna i Ludwik tworzą ciekawą parę bohaterów, oboje zyskują na realności i barwności dzięki występującym między nimi różnicom. Gdyby Ludwik przez całą akcję tkwił u boku Iwony, nie byłby w stanie przykuć uwagi czytelnika. To dzięki Grażynie staje się interesujący. Miłoszewski nakreślił ją tak, że nie sposób wyobrazić sobie „Jak zawsze” bez niej – to ona najczęściej rzuca celnymi ripostami, rozbawia swoimi uwagami, z różnych względów staje się odbiorcy bliska. Jest bohaterką mówiącą i przeżywająca to, na co my czasami nie mamy odwagi , a czego chcemy; może dzięki temu łączy nas z nią tak silna sympatia. Proszę jednak nie myśleć, że Ludwik to bohater zbędny. Skądże! Choć sam wydaje się raczej zwykły, przy Grażynie „nabiera kolorów”, wspaniale też uwydatnia te cechy swojej partnerki, które porywają odbiorcę. Dzięki niemu staje się jeszcze ciekawsza.

środa, 29 listopada 2017

Historia rodu warszawskich hotelarzy, nad którym zawisła klątwa


Rodzinne tajemnice, skrywane pasje, niepohamowane żądze, pikantne skandale, a w tle Warszawa. 400 lat historii rodzinnych warszawskich hotelarzy w pierwszym tomie sagi. Warszawa, XXI wiek. Dana Spakowski przyjeżdża do Warszawy, by z pomocą młodego prawnika odzyskać dawną rodzinną nieruchomość przy ulicy Długiej, w której niegdyś przez wieki mieścił się hotel. XIX wiek. Eleonora Żmijewska, córka właściciela mieszczącego się przy ulicy Długiej Hotelu Varsovie, do niedawna wiodła życie panienki z dobrego domu. W obliczu grożącego hotelowi bankructwa, histerii matki i lekkomyślności brata utracjusza młoda kobieta jest jedyną nadzieją rodziny na ocalenie wielowiekowego dziedzictwa. Warszawa, XVII wiek. Lutnista Kapeli Królewskiej Laurenty Żmij marzy o otworzeniu własnego zajazdu przy nowym warszawskim trakcie zwanym Długim. Jednak nękające miasto klęski i sprzeciw jego energicznej, stanowczej połowicy sprawiają, że mężczyzna musi odłożyć swoje plany w bliżej nieokreśloną przyszłość. Czy Żmij będzie w stanie pokonać rzuconą na cały jego ród klątwę?

Jak można domyślić po samym opisie książki, akcja rozgrywa się na kilku płaszczyznach czasowych. Ujarzmienie takich czasowych przeskoków na tyle, by ciągle utrzymywać zainteresowanie czytelnika, przy tym nie popełniając błędów logicznych, to zadanie niełatwe. Sylwia Zientek poradziła sobie z nim doskonale. Nie dość, że potrafi nakreślić wiarygodny obraz różnych epok (o czym więcej trochę niżej), to jeszcze prowadzi akcję na tyle umiejętnie, że wplata w tekst wiele tajemnic, które są skutkiem decyzji podejmowanych przez przodków bohaterów i nie zdradza się z nimi, dopóki nie wymaga tego historia. To naprawdę trudny do opanowania zabieg, ale dodający powieści atrakcyjności. Przed lekturą tej książki nawet nie sądziłem, że sekrety siedemnastowiecznego lutnisty potrafią wpłynąć na losy ludzi współczesnych. Ba! W dodatku są one doskonałym narzędziem budowania napięcia. Im głębiej w tę opowieść, tym więcej takich smaczków. A to się wiążę z tym, że coraz trudniej odłożyć „Klątwę lutnisty” na bok.

Urocze i klimatyczne wprowadzenie do kolejnego rozdziału

Autorka powieści jest absolwentką Wydziału Prawa na UW i Centrum Studiów Latynoamerykańskich, więc śmiało można powiedzieć, że stworzenia powieści osadzonej w dużej mierze w siedemnasto- i dziewiętnastowiecznej Polsce nie powinno się spodziewać po osobie o takim wykształceniu. A poppapraniec wspomina o tym nie dlatego, że chce być wredny, po prostu wielkie wrażenie zrobiło na nim, jak wspaniale zostały nakreślone realia tych epok. I to przez osobę, która tworzyła, bazując w większości tylko na licznych tekstach źródłowych. Zientek buduje klimat tamtych czasów raczej w tle – najważniejsza jest opowieść o ludziach i ich problemach, dopiero gdzieś później pojawiają się barwne i sugestywne opisy. Ale to nie tylko one. Realia czasów, w których aktualnie toczy się narracja, to także mentalność bohaterów, ich codzienność, zachowania i motywacje. I dla poppaprańca jest w tej powieści najlepsze właśnie to, że w zależności od tego, czyim losom przygląda się w danym momencie czytelnik, świat przesiąknięty jest charakterystyczną atmosferą, odrębną dla każdej z płaszczyzn. Można wybrać się w niewymagającą podróż w czasie, która porwie czytelnika i pozwoli przez moment poczuć się jak na przykład doradca królowej, czy lutnista kapeli królewskiej. Wspaniałe doświadczenie!


Poppapraniec jako osoba, która nigdy w Warszawie nie była, nie podchodzi do tej powieści w sposób szczególnie sentymentalny czy bardziej emocjonalny (wiadomo, że taki wpływ na odbiorcę ma czytanie intrygujących historii toczących się w bliskim mu miejscu, które odkrywa przed nim swoje starsze, ale nowe, twarze), gdyby jednak pochodził ze stolicy, byłby wdzięczny Sylwii Zientek za książkę, w której Warszawa jest jedną z bohaterek. Ach, gdyby ktoś tak pisał o miejscach bliskich poppaprańcowi. Skoro mowa już o postaciach, trzeba przyznać, że nie wszystkie zostały obdarzone ciekawym portretem psychologicznym. Tym żyjącym w czasach historycznych poppapraniec nie ma nic do zarzucenia, natomiast współcześni bohaterowie zostali potraktowani trochę powierzchownie, czytelnik nie śledzi ich losów z takim zafascynowaniem, nie wytwarza się między nim a współczesnymi silna więź. Jest to jednak jedyna wada, jaką udało się dostrzec poppaprańcowi. Z całego serca może polecić tę powieść wszystkim wielbicielom powieści historycznych, Warszawy, wciągających historii i wielopokoleniowych sag rodzinnych. Sylwia Zientek napisała naprawdę dobrą powieść.

Tekst powstał przy współpracy z Grupą Wydawniczą Foksal.

czwartek, 19 października 2017

Poezja w zatłoczonym autobusie


Z poezją jest tak, że wiele osób jest zdania, jakoby było w stanie ją tworzyć. No bo co trudnego jest w rymowaniu? Tylko że takie rozumienie poezji jest dalekie od prawdy – nie wszystko bowiem, co się rymuje, wierszem można nazywać. Poppapraniec zauważył też, że poetów nie traktuje się poważnie dopóki nie osiągną większego rozgłosu czy majątku. A już w szczególności poetą nie powinien się nazywać ten, kto pracuje na pełen etat, ma rodzinę, nie zagląda do kieliszka albo nie przepala dwóch paczek dziennie. Za każdym razem, gdy poppapraniec słyszy o tym schematycznym postrzeganiu artysty piszącego, przypomina mu się wiersz Bursy: „Poeta cierpi za miliony/ od 10 do 13.20/ O 11.10 uwiera go pęcherz/ wychodzi/ rozpina rozporek/ zapina rozporek/ Wraca chrząka/ i apiat'/ cierpi za miliony”. Poeta to zwykły człowiek nie zawsze podkreślający swoją indywidualność.

Katarzyna Tercha-Frankiewicz to na pierwszy rzut oka niepozorna kobieta, zakochana po uszy. Mieszka w Brzozowie, zaś w pobliskiej Przysietnicy pracuje jako nauczycielka przedmiotów artystycznych. Zadebiutowała w dwa tysiące dziesiątym roku tomikiem wierszy „Zapiski powracającego człowieczeństwa”, ma na swoim koncie też publikację „Brzozów w legendach”. Swoje wiersze publikuje w regionalnych czasopismach, a także kilku almanachach literackich. Pisanie zaczynała od krótkich opowiadań, od najmłodszych lat zaczytywała się w Baczyńskim. Jest związana z Ruchem Poetyckim ZGRZYT i Stowarzyszeniem Ludzi Twórczych.

„Zapiski powracającego człowieczeństwa” miały swoją premierę siedem lat temu, więc poppapraniec z poezją Terchy-Frankiewicz poznał się jeszcze jako dziecko z podstawówki i zrozumiał raczej niewiele. Ale już wtedy ta twórczość zrobiła na nim wrażenie. Tak wielkie, że zapisał kilka utworów w swoim tajnym zeszycie, gdzie sam „pisał poezję” (ujęto w cudzysłów, bo to były kiepskie rymowanki bez sensu ani przesłania). Debiut brzozowskiej poetki przesiąknięty jest raczej pesymistycznym spojrzeniem na świat. Pełno w nim niesprawiedliwości, negatywnych emocji, ale i dociekań dotyczących mechanizmów naszego świata. Poetka zaintrygowana jest złem, a to zainteresowanie z łatwością przekazuje odbiorcy oczarowanemu barwnymi metaforami i celnymi komentarzami. To, najkrócej mówiąc, rzeczywistość z perspektywy zbuntowanego wrażliwca — trochę niezrozumiała, trochę rozczarowująca. Co wydało się poppaprańcowi ciekawe, to fakt, że autorka rozpoczyna swój drugi tomik poezji dwoma ostatnimi wierszami, które zamykają „Zapiski powracającego człowieczeństwa”, dzięki czemu najnowsze jej dzieło jest swoistą kontynuacją. Na pewno trochę odmienną od debiutu, na co złożyły się różne doświadczenia autorki. Zmiana jest bowiem jedyną stałą rzeczą w naszym życiu.

Dworzec autobusowy, ludzie i poezja

Skąd tytuł „PKSem do Brzozowa”? Z zamiłowania poetki do jazdy autobusem; w trakcie tych podróży często przychodziły pomysły na wiersze, natchnienie. Jak w każdym zbiorze poezji, tak i w tym tomiku zdarzają się wiersze lepsze oraz gorsze. Jedne wręcz uderzają zmysły odbiorcy, inne wydają się niezrozumiałe, obok jeszcze innych można by przejść obojętnie. Katarzyna Tercha-Frankiewicz nie ogranicza się, jeśli chodzi o problematykę utworów, do jednego tematu, jednej dziedziny naszego życia. Jej utwory traktują bowiem o rozstaniu, nieszczęśliwej miłości, wpływie postępu technologii na relacje międzyludzkie, ale i o cudzie narodzin, spełnionym związku. Znów jednak dominuje pesymizm, brutalność świata i ludzi. Poetka ma niesamowity dar nadwrażliwości, który można traktować jako wyróżnienie lub przekleństwo, dzięki czemu zauważa to, czego odbiorca nie widzi lub pomija na co dzień. Przy czym jej poezja charakteryzuje się celnością wysnuwanych wniosków, czasami słowa drapieżnie wdzierają się w serce czytającego, ukazując mu często brutalną prawdę prezentowaną w prostych słowach. Autorka raczej stroni od eufemizmów. Dlatego też poppaprańcowi stosownym wydaje się przyrównanie twórczości Katarzyny Terchy-Frankiewicz do tekstów Marii Peszek. Choć te pierwsze na pewno nie budzą wielkich kontrowersji.

Poppapraniec na spotkaniu poetyckim z autorką

Wiersze niosą przesłanie zmuszające do refleksji lub zadają pytania, które także są pretekstem do rozmyślań nad poruszanymi kwestiami. Każdy, kto sięgnie po tomik, w wyniku tych przemyśleń doświadczy całej gamy różnych emocji – od rozgoryczenia i przerażenia po zachwyt, radość a nawet ukojenie. Poetka dzieli się z odbiorcą wieloma własnymi doświadczeniami, obdarowuje go kawałkiem swojej duszy i wnosi w jego życie większe lub mniejsze zmiany, co jest dla poppaprańca powodem, by nazwać twórczość Terchy-Frankiewicz prawdziwą poezją. Dodatkowym atutem dla pewnej grupy odbiorców jest nawiązywanie w swoich utworach do prawdziwych miejsc bliskich autorce. Dzięki temu między czytelnikiem a poetką wytwarza się specyficzna więź, która umożliwia nieco inne spojrzenie na jej twórczość. Poppaprańcowi szczególnie bliski stał się wiersz „Pożegnanie powstańca”, bo autorka wzbudziła w nim sentyment do tego niewielkiego miasteczka, a przechodząc obok pomnika powstańców już zawsze będzie przypominał sobie o Brzozowie, w którym „(...) Stobnica tak powoli płynie/ jak nasz Internet”. To wspaniałe, móc myśleć poezją o bliskim mieście.

sobota, 19 sierpnia 2017

Anegdoty z Peerelem w t(y)le

Zbiór anegdotycznych wspomnień z lat 70., 80., 90. ubiegłego wieku. Wraz z autorką zanurzymy się w świat lokalnych widowisk zakładowych, pojedziemy na tournée po Litwie, Finlandii i Hiszpanii, zajrzymy do Nowego Jorku. Urlop spędzimy z Andrzejem Zauchą, załatwimy motorynkę z pomocą uroku Grzegorza Ciechowskiego, zszyjemy portki młodziuśkiemu Wojciechowi Młynarskiemu, uśmiechniemy się do Yoko Ono, maszerując z Marią Kornatowską pod ramię. Po tym barwnym świecie wspomnień poruszać się będziemy ruchem konika polnego, co rusz ocierając łzy radości, bo dobry humor autorki nie opuszcza ani przez chwilę, choć, wydawałoby się, wspomina czasy trudne i obywatelowi nieprzychylne. Jest tu zatem i „manna, hosanna, różaniec i szaniec, i jazda, i basta, i…”, a nie, nie, „stopu” tu, Państwo, nie doświadczycie.

Kalina Jerzykowska tak świetnie bawi się słowem – co można już zauważyć choćby po tytule jej nowego zbioru anegdot, o wydźwięku zależnym od tego, co o Peerelu sądzimy – że czytanie tych wspomnień sprawia niebywałą przyjemność, zwłaszcza dla osób językiem polskim zachwyconych. Jest nawet jeden rozdział poświęcony żartom słownym. Ale „Łzy koniki polnego” czyta się bardzo dobrze nie tylko z tego względu. Po pierwsze, autorka relacjonuje komiczne wydarzenia z przeszłości językiem barwnym, niepozbawionym neologizmów. Po drugie, każda strona wspomnień ma swój niepowtarzalny klimat, co możliwe jest dzięki ciekawym ilustracjom i wyróżnieniom kolorystycznym tekstu. Szata graficzna to po prostu majstersztyk – choć bardzo widoczny to nieprzesadzony. Po trzecie, sytuacje anegdotyczne przydarzają się też znanym ludziom, a pozycja Jerzykowskiej w ich opisy wręcz obfituje.


Młodsi czytelnicy nie wiedzą (nie zresztą tylko młodsi, bo ja też nie wiedziałem), co to są te „Łzy konika polnego”. „Ale tytuł też nie jest przez autorkę wymyślony, tylko – nomen omen – zaczerpnięty. Z książki Hanny Szymanderskiej «Domowe nalewki». (...) Zalałam, odczekałam, skosztowałam. Podywagowałam sobie, że ta jedna nazwa taka poetycka, a druga [krupnik litewski] raczej przaśna choć smak ten sam”. I choć autorka zachęca do sączenia i kosztowania anegdot jak tę właśnie nalewkę, to przestrzegam, by młodsi czytelnicy raczej degustowali te historie jak smaczne lody. Domyślam się, że emocje takie same, a przy okazji nikt nie będzie łamał przysięgi komunijnej.

Kalina Jerzykowska-Delong – absolwentka polonistyki Uniwersytetu Łódzkiego. Dziennikarka Radia Łódź i „Gazety Wyborczej”. Zwolniona w stanie wojennym z Radia, po kilku latach bezrobocia była kolejno kierownikiem literackim i dyrektorem artystycznym Estrady Łódzkiej. Jest autorką felietonów publikowanych w radiu i gazecie, recenzji, scenariuszy i pojedynczych utworów – piosenek, skeczy, monologów pisanych dla estrady i teatru. Od kilku lat pisze książki dla dzieci, które cieszą się wśród najmłodszych czytelników nieprzerwaną sławą, głównie dzięki niepowtarzalnemu humorowi.

Oceniam: 7/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję

sobota, 1 lipca 2017

Gdy legenda o drwalu staje się inspiracją dla mordercy


Katarzyna Puzyńska „Czarne narcyzy”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2017

Brodnica przygotowuje się do obchodów lipcowego Święta Policji. Daniel Podgórski nie ma jednak powodów do radości. Niektórym ludziom bardzo zależy, żeby jak najszybciej zapomniał o zamkniętej już sprawie śmierci trójki bezdomnych. Przy każdym z ciał z jakiegoś powodu pozostawiono niewielkie wahadełko. Pewna dziennikarka sugeruje policjantowi, żeby szukał odpowiedzi w opuszczonym domu ukrytym w leśnej gęstwinie. Miejscowi wierzą, że to miejsce nawiedzane przez diabła. Kobieta wkrótce znika bez śladu, a Podgórski wraz z byłą komisarz Kopp odnajduje kolejne ciało. Co ma z tym wspólnego niepokojąca wiadomość, którą Weronika Nowakowska otrzymuje od nieznanego nadawcy? Dlaczego drobny złodziejaszek ginie tego samego dnia, kiedy wychodzi z więzienia? I jakie znaczenie dla sprawy mają czarne narcyzy?

Na kolejny już tom sagi o policjantach z Lipowa fani Puzyńskiej wyczekiwali z niecierpliwością, co potwierdza chociażby fakt, że jeszcze przed premierą „Czarne narcyzy” podbiły rankingi księgarń. I chociaż to jedna z cieńszych części, nie odbiega poziomem od poprzednich tomiszczy – czyta się ją fenomenalnie. Co najbardziej mnie zaskoczyło i sprawiło największa radość, to że autorka sięga po nowe klimaty i zabiera czytelnika w miejsca, gdzie podobno straszy diabeł, a ludzie z nim związani znikają... Oczywistym jest, że wątek kryminalny w powieściach Puzyńskiej zawsze wzbudza spore emocje, ale tym razem można było również poczuć zimny oddech na karku w trakcie lektury. Podoba mi się, w jak sugestywny sposób opisuje nadzwyczajność towarzyszącą całej sprawie. Można by się pokusić o stwierdzenie, że kryminał ten ma elementy powieści gotyckiej, ale nie chciałbym przesadzać.

Jeśli wrócić teraz wspomnieniami do „Motylka” czy „Więcej czerwieni”, można zauważyć, jak bardzo zmieniło się życie bohaterów sagi, ilu z nich znikło z kart powieści i ilu nowych poznaliśmy. Bardzo podoba mi się, że Puzyńska miesza w życiu bohaterów, zupełnie odbiegając od jakichkolwiek schematów i kreśląc scenariusze, których nie powstydziłoby się samo życie. Prócz świetnej intrygi kryminalnej, autorka daje czytelnikowi możliwość refleksji nad naturą człowieka, jego słabościami, tęsknotami, ale przede wszystkim obecnością zła w naszym życiu. Tak jak zmieniamy się my, tak samo metamorfozy przechodzą postacie „Czarnych narcyzów”, dzięki czemu seria ciągle jest powiewem świeżości na rynku książkowym, a nam powroty do Lipowa ciągle się nie nudzą. Ba! Po lekturze ósmego tomu serii nie mogę się już doczekać kolejnej historii.

Niezmienne w twórczości Puzyńskiej pozostaje wiele elementów. Intryga kryminalna jest na wysokim poziomie, poprowadzona w taki sposób, by jej rozwiązanie było wielkim zaskoczeniem dla czytelnika, który jest wcześniej wyprowadzany w pole poszlakami, które mnożą pytania bez odpowiedzi. Równie dopracowane jest tło obyczajowe – Lipowo jest tak świetnym obrazem polskiej wsi, że chce się tu ciągle wracać, by poznawać naturę ludzką i po prostu przebywać ze znanymi i bliskimi bohaterami. Nie zmienia się również fakt, że oprawa graficzna kolejnych tomów serii o policjantach z Lipowa zachwyca każdego. Okładka „Czarny narcyzów” nie epatuje przemocą, a mimo to, patrząc na nią, doskonale wiadomo, czego można się spodziewać po tej historii. Mariusz Banachowicz znów okazał się niezawodny!

Oceniam: 10/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję
– Motylek – Więcej czerwieni – Trzydziesta pierwsza – Z jednym wyjątkiem – Utopce – Łaskun – Dom czwarty –

wtorek, 28 marca 2017

Historia „Błyszczących Bliźniaków"

Chris Salewicz Mick i Keith. Rolling Stonesów portret podwójny, SQN, Kraków 2015

Mick Jagger i Keith Richards są razem od przeszło 40 lat – to najstarsze małżeństwo rock and rolla. Charyzmatyczny duet, którego historia naznaczona rozlicznymi ekscesami jest kwintesencją ducha muzyki popularnej. Chris Salewicz zna Jaggera i Richardsa od wczesnych lat 70. Z zapałem śledzi ich fascynującą podróż, która rozpoczęła się dekadę wcześniej przy dźwiękach londyńskiego jazzu, bluesa i R&B. Mick & Keith. To nie tylko sugestywna biografia dwóch wybitnych członków The Rolling Stones, ale także porywający obraz rockandrollowego życia w latach 60. i kolejnych dekadach.

Biografia napisana przez Chrisa Salewicza to bogate źródło wiedzy na temat życia Micka Jaggera i Keitha Richardsa w głównej mierze skupiające się na karierze muzycznej postaci. W biografiach bardzo lubię, gdy życie przed ważnym dla bohatera książki wydarzeniem opisywane jest szerzej niż tylko na kilku stronach. Niestety i Chris Salewicz nie poświęca zbyt wielkiej uwagi tym latom. W życie Jaggera i Richardsa głębiej wnikamy po pamiętnym spotkaniu na stacji Dartford z 17 października 1961 roku. Wówczas autor nie szczędzi szczegółów z życia prywatnego i muzycznego bohaterów, wspominając nawet o takich detalach jak regularnie zapluwana flegmą ściana w ich mieszkaniu.


Ubolewam trochę nad ubogim materiałem fotograficznym wykorzystanym w biografii. Jest to jednak mankament przy ponad czterech setkach stron zadrukowanych intrygującą opowieścią o życiu Jaggera i Keitha. To wspaniałe uczucie móc prześledzić etapami karierę Rolling Stonesów, poczuć klimat tamtych lat i na chwilę przenieść się w przeszłości. To doświadczenie jest tym cenniejsze dla osób, które nie miały okazji zasmakować ani rockandrollowego życia, ani tego z lat sześćdziesiątych, na które przypada największy rozwój zespołu. Lektura tej biografii wciąga ze względu na barwne życie jej głównych bohaterów, komunikatywny język i drzemiącą w nas ciekawość, która zostaje w pełni zaspokojona. Gorąco polecam!

Oceniam: 7/10



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu

sobota, 25 marca 2017

O ziołach i zwierzętach ciekawie jak nigdy dotąd


Simona Kossak O ziołach i zwierzętach, wyd. Marginesy, Warszawa 2017

Żeby się zachwycać, nie trzeba mieszkać w lesie, bo wystarczy rozejrzeć się przed blokiem, w parku, nad strumykiem. Wszędzie wokół rosną rośliny pozornie banalne – lebiodka, babka, macierzanka, pokrzywa. Żyją zwierzęta, na które na co dzień nie zwraca się uwagi. Ale dzięki Simonie Kossak okazuje się, że żadne z nich nie jest zwykłe ani banalne: są trujące rośliny, które uzdrawiają, takie, którymi przepędzano złe uroki, i takie, które najlepiej leczyły rany głowy. Poznamy zwyczaje seksualne korników, pokojową naturę dzików i przekonamy się, czy dymówki zimują w mule na dnie zamarzniętych jezior. Pojawią się też żurawie, sarny, wilki, rysie, rusałki czy ropuchy. Dziurawiec, fiołek, jarzębina czy bukwica.

Nikt tak nie kochał przyrody jak Simona Kossak — profesor doktor habilitowany nauk leśnych, popularyzator nauki. Znana przede wszystkim z aktywności na rzecz zachowania resztek naturalnych ekosystemów Polski. Pochodzi ze znanej artystycznej rodziny, więzami krwi powiązana jest z Jerzym, Wojciechem i Juliuszem Kossakami, Magdaleną Samozwaniec oraz Marią Pawlikowską-Jasnorzewską. W uznaniu zasług na polu nauki i popularyzowania ochrony przyrody w 2000 została uhonorowana Złotym Krzyżem Zasługi. W ciągu życia napisała setki artykułów o przyrodzie, popularyzowała o niej wiedzę także poprzez liczne audycje radiowe.

Jak wygląda ta książka od środka? W kolejności alfabetycznej wymieniane są poszczególne zwierzęta i rośliny, a rozdział poświęcony każdemu przedstawicielowi natury opatrzony jest fotografiami tak, byśmy mogli, biegając po łąkach i lasach, identyfikować przedstawicieli różnych gatunków 😁 Pracę Simony Kossak czyta się momentami jak dobrą powieść akcji z barwną galerią bohaterów — autorka w sposób prosty opowiada o zwyczajach zwierząt i ciekawostkach związanych z roślinami, ale w tajemniczy sposób udziela się czytelnikowi zachwyt nad naturą, który charakteryzował wybitną biolożkę. O ziołach i zwierzętach można czytać na wiele sposobów: jak zwykłą książkę, na wyrywki, wędrując po lesie, mieszkając w mieście i wiele innych.

Biologię zawsze darzyłem awersją, a to z wielu względów, wśród których najważniejszą rolę odgrywała nudna nauczycielka, nie lubiłem też wszystkich elementów zaczynających się na -mikro i -drobno. Dzięki pięknemu językowi Simony Kossak, a także genialnie opowiedzianym historiom dotyczących roślin i zwierząt, spojrzałem na przyrodę w całkiem odmienny niż dotąd sposób. Zachwycać może zwykły kret, niezidentyfikowane zielsko rosnące niedaleko domu czy nawet ów straszny krzyżak. Wystarczy głębiej poznać ich historię, zwyczaje czy przeznaczenie, żeby zdać sobie sprawę z tego, jak cudowne stworzenia nasz otaczają. Ni to zielnik, ni encyklopedia Kossak uwrażliwia na piękno, które na co dzień pomijamy. Gorąco polecam!

Oceniam: wspaniała 


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu 

Fanom przyrody polecam tytuły z serii EKO.

niedziela, 5 marca 2017

Margo — dziewczyna, w której mieszka ciemność

Tarryn Fisher „Margo", SQN, Kraków 2017

Margo nie jest jak inne nastolatki. Żyje w ponurym miasteczku Bone, które przejezdni omijają szerokim łukiem. Swój dom nazywa „pożeraczem”. Jej cierpiąca na depresję matka nie odzywa się do niej i traktuje niczym służącą. Wszystko nieoczekiwanie się zmienia, kiedy poznaje Judah – starszego chłopaka z sąsiedztwa. Sparaliżowany, na wózku inwalidzkim, odkrywa przed Margo świat, jakiego dotąd nie znała. Kiedy w okolicy ginie siedmioletnia dziewczynka, dwójka osobliwych przyjaciół rozpoczyna prywatne śledztwo. W głowie Margo pojawia się desperackie pragnienie, aby wytropić morderców. I przykładnie ukarać. Rozpoczynając bezlitosne polowanie na zło, dziewczyna nie zdaje sobie sprawy, jaką cenę przyjdzie jej za to zapłacić.

Książka zaczyna się powolnym wprowadzeniem w świat wypaczonych wartości, przepełniony żalem, nienawiścią i brutalnością. Autorka wrzuca czytelnika na głęboką wodę, w miejsce, o którym ten albo nie ma pojęcia, albo woli je omijać, ale stara się stopniowo zaznajomić go z tym z środowiskiem. Fisher nie spieszy się ze związaniem akcji, ale to działa na korzyść powieści, bo mamy czas, by wczuć się w miejsce akcji, przesiąknąć mrokiem i zrozumieć postawę bohaterów. Całej lekturze towarzyszy specyficzna atmosfera grozy, jednak nie za sprawą paranormalnych wydarzeń, a chłodnego przedstawiania najciemniejszej strony ludzkich zachowań i myśli. Tarryn Fisher nakreśliła wciągający świat, w którym możemy dojrzeć to, czego boimy się najbardziej – dlatego tak trudno odłożyć „Margo" na bok.

Największą zaletą powieści jest główna bohaterka, która dzięki mistrzowsko poprowadzonej prezentacji z miejsca zyskuje naszą sympatię, współczucie, zrozumienie i wsparcie. Margo jednak budzi swoim zachowaniem w odbiorcy wiele sprzecznych emocji i naprawdę trudno orzec, czy pomimo swojego bezlitosnego polowania na zło jest bohaterką negatywną. To aspołeczna, brutalna, i zimnokrwista dziewczyna, która odznacza się także wrażliwością, troską o innych i odwagą. Jest bohaterką pełną sprzeczności, dopuszcza się czynów powszechnie uznawanych za godne potępienia, ale jej motywacja sprawia, że odbiorca je akceptuje, ba, nawet je wspiera. Margo robi, to czego my boimy się ze względu na wiążące się z tym konsekwencje. Jej postawa budzi w czytelniku najmroczniejsze i najgłębiej skrywane żądze. Główna bohaterka tej powieści przypomina mi Lisbeth Salander z trylogii „Millenium"; co prawda nie może się równać z postacią Larssona, ale wzbudza podobne odczucia w odbiorcy.

„(...) ludzie są zbudowani do życia z cierpieniem. Słabi ludzie pozwalają, by ból ich dusił, doprowadzając do powolnej, emocjonalnej śmierci. Silni ludzie wykorzystują ból, Margo. Używają go jako paliwa."

„Margo" jest solidną i przemyślaną konstrukcją fabularną, w której nie ma miejsca na potknięcia pokroju błędów logicznych. Choć historia wydaje się trochę pokręcona, tak naprawdę uparcie dąży do przodu zamknięta w logiczny łańcuch przyczynowo-skutkowy. Jedynym elementem wzbudzającym we mnie ambiwalentne odczucia jest zakończenie książki. Z jednej strony można je interpretować na różne sposoby, bo autorka pozostawia wiele niezamkniętych furtek, z drugiej strony dopada czytelnika rozczarowanie. Nie kończy się misternie snutej historii w taki sposób, a jeśli o mnie chodzi, rozwiązanie fabuły sprawiło, że miałem mętlik w głowie, Margo zaś stała się zupełnie inną postacią.

Jeśli chodzi o ocenę końcową, bez wątpienia mogę uznać nową powieść Tarryn Fisher za jedną z lepszych powieści młodzieżowych, jakie czytałem. To bardzo wnikliwy obraz naszej ciemniejszej strony, tłumionych żądz i zachowań, których się boimy. Margo pozwala nam na chwilę wyzbyć się wszelkich zahamowań moralnych, dając ujście naszym zwierzęcym instynktom. Dlatego powieść ta wzbudza tyle emocji u czytelnika. Całości dopełniają prosty język, ciekawie poprowadzona narracja, przemyślana konstrukcja fabularna, prawdziwi bohaterzy i silna więź rodząca się między czytelnikiem a główną bohaterką. Gdyby nie zakończenie kładące cień na całość, „Margo" byłaby wspaniałą lekturą.

Oceniam: 7/10



Za możliwość lektury dziękuję

środa, 22 lutego 2017

O pragnieniach skrytych i tłamsionych

Richard Flanagan „Pragnienie”, Literackie, Kraków 2017

Jest rok 1841. W odległej kolonii karnej na Ziemi Van Diemena bosa aborygenka pozuje do portretu w sukni z czerwonego jedwabiu. Ma na imię Mathinna i jest przybraną córką gubernatora wyspy, Sir Johna Franklina oraz jego żony, Lady Jane. Jest też obiektem cywilizacyjnego eksperymentu, który ma wykazać, czy wiedza, chrześcijaństwo i rozum mogą być narzucone barbarzyństwu, instynktowi oraz pożądaniu. Kilka lat później, gdzieś na Arktyce, ginie Sir John Franklin wraz z załogą i dwoma statkami podczas ekspedycji, której celem ma być odkrycie mitycznego Przejścia Północno-Zachodniego, drogi morskiej z Europy do wschodniej Azji wiodącej przez Archipelag Arktyczny. Anglia jest wstrząśnięta podawanymi przez ekipę poszukiwawczą doniesieniami o przypadkach kanibalizmu, a dla najsłynniejszego pisarza tych czasów, Karola Dickensa, losy Franklina stają się lupą, przez którą przygląda się lodowatym głębinom własnego życia.

Pragnienie rodzi potrzeby, te z kolei napędzają nasze życie, bo zaspokajając jedną, tworzymy kilka kolejnych – pragnienie zatem towarzyszy nam na co dzień. W swojej książce Flanagan bardzo dokładnie drąży ten temat, poprzez zadawanie nurtujących pytań, na które trudno znaleźć odpowiedź. Czy istnieją pragnienia złe? Którym z nich możemy dać ujście, a które lepiej zachować w tajemnicy? Czy zaspokajanie pragnień i żądz nie wiąże się z barbarzyństwem, zwierzęcymi instynktami? Mnożą się kolejne pytania, szeroko rozbudowując problematykę książki, a także zmuszając czytelnika do refleksji. Autor podejmuje tematy, na które niełatwo znaleźć odpowiedź, przy tym popycha odbiorcę do wejrzenia w głąb samego siebie i zderzenie dotychczasowych poglądów z sytuacjami zarówno ekstremalnymi, jak i codziennymi przedstawionymi w powieści.

Niewątpliwie atrakcyjności dodaje „Pragnieniu” mnogość kontekstów historycznych. Fabuła podzielona jest na kilka płaszczyzn czasowych, nie ukrywam jednak, że szczególnie intrygują wydarzenia związane z owianą tajemnicą ekspedycją sir Johna Franklina z 1845 roku. Była to podróż mająca na celu odkrycie Przejście Północno-Zachodnie i choć prognozowano jej powodzenie, licząca sobie sto dwadzieścia dziewięć osób załoga rozpłynęła się we mgle... Moje zainteresowanie budziła także postać Charlesa Dickensa; Flanagan na szczęście nie zrobił z niego papierowego bohatera, lecz przybliżył odbiorcy obraz prawdziwego człowieka. Naprawdę żyła również Mathinna, szczególnie ważna postać dla autora. „Mathinna miała więc na sobie bardzo europejską, oświeceniową sukienkę i bose, tubylcze stopy, co najwyraźniej zawstydzało gubernatora, który zlecił wykonanie obrazu i schował stopy dziewczynki pod ramą. Od tamtej pory chciałem napisać opowieść o dziewczynce, która zrzuciła buty, aby jej stopy opowiedziały prawdę o świecie, o tym, kim jesteśmy i czym jest świat.” – mówi w jednym z wywiadów.

„Otóż, proszę państwa, rozsądek to dobra rzecz, to bezsporne, ale rozsądek to tylko rozsądek i zaspokaja jedynie potrzebę rozumowania w człowieku, chcenie natomiast jest przejawem pełni życia.”
– Fiodor Dostojewski, motto powieści

„Pragnienie” odznacza się na tle innych powieści pięknym, urzekającym językiem. Narrator z wyjątkową wrażliwością przedstawia myśli i uczucia bohaterów, używając wyrazów celnie określających to, co nam nieraz trudno ująć w słowa. Czasami te – mogłoby się wydawać – banalne konstrukcje kryją w sobie tyle prawdy, że nie sposób nie przerwać lektury i głęboko się zamyślić. Richard Flanagan doskonale radzi sobie z piórem, opisuje rzeczywistość za pomocą nowych skojarzeń, dzięki czemu tak nas zachwycają i zapadają na dłużej w pamięć. Lektura owocna jest w piękne metafory, które z dbałością o szczegóły malują realia tamtej epoki.

Ta książka Richarda Flanagana wzbudza w czytelniku wiele emocji, ale przede wszystkim zmusza do dłuższej refleksji nad istotą człowieczeństwa, nad tym co pozwala triumfować nad barbarzyństwem, czy powinniśmy tłamsić swoje pragnienia, czy też dawać im ujście, a także na wiele innych tematów. To także wielka uczta literacka dla wszystkich wrażliwych na piękno języka i formy przekazu. „Pragnienie” to wspaniała powieść, do której będziemy chcieli wracać co jakiś czas, dzieło, które zawładnie naszymi emocjami i umysłem, byśmy mogli wejrzeć w głąb siebie.


Za możność przeczytania książki dziękuję


____________________________________
Zachęcam do przeczytania wywiadu, z którego pochodzą cytowane przeze mnie słowa Flanagana. ROZMOWA

sobota, 18 lutego 2017

Na krzywy ryj

Źródło
Andrzej Krzywy „Na krzywy ryj”, Edipresse, Warszawa 2016

Jak daleko się posunął, by uniknąć obowiązkowej służby wojskowej? W jaki sposób zdobywał trawkę za komuny i dlaczego z imprez wracał polewaczkami? Czym zakończyła się przygoda z Doris i Kobrą w jednym z kultowych hoteli epoki PRL? Zabawny jak zawsze, szczery jak... rzadko. Andrzej Krzywy: człowiek-ikona. Lider De Mono, jednego z najpopularniejszych zespołów w „nowej Polsce", zaprasza do świata, w którym główne role grają muzyka, zabawa i miłość.

Rozmowę z jedną z najpopularniejszych postaci polskiego rocka przeprowadzoną przez Kubę Frołowa czyta się z przyjemnością dzięki prostemu językowi, przemyślanej strategii rozmowy i oczywiście dzięki informacjom o życiu Andrzeja Krzywego. Te ułożone są w ciekawej, logicznej kolejności: rodzina, muzyka w życiu, działalność w Daabie, De Mono, De Mono podrabiane i Andrzej prywatnie. Rozmowie towarzyszy bardzo sympatyczna atmosfera, a całość okraszona jest niezbędnym towarzyszem Krzywego – niebanalnym humorem. Jestem przewrażliwiony na punkcie Maanamu, co zresztą dobrze wiecie, na szczęście Andrzej Krzywy wypowiada się o moim ulubionym zespole w samych superlatywach. To kolejny powód, dla którego „Na krzywy ryj" przypadło mi do gustu. 

Ten wywiad rzeka to wspaniała okazja do spojrzenia na okres świetności polskiego rocka z perspektywy jednego z popularniejszych zespołów. Bardzo ciekawym przeżyciem jest wgłębianie się w mechanizmy rządzące tą dziedziną oraz dokładne poznanie sytuacji panującej między członkami zespołu. Przyznaję, że najwięcej emocji wzbudził we mnie rozdział „De Mono i... De Mono", w którym Krzywy wyjaśnia istnienie drugiego zespołu o takiej samej nazwie, a także wyraża w związku z tym swoje zdanie. Nie wiem dlaczego nie słyszałem dotychczas o podrabianym De Mono, ale postawa Marka Kościkiewicza zdecydowanie zniechęciła mnie do tej formacji.

Oceniam: 7/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję