Ariana | Blogger | X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kryminał. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 listopada 2017

Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę


Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę, czyli ten, kto wprowadza zamieszanie i niepokój, prędzej czy później poniesie zwielokrotnione skutki swojego działania. Poppapraniec myśli, że można by tym krótkim przysłowiem streścić los niemal każdego przestępcy, który, wprowadziwszy mniejsze lub większe zamieszanie, obrywa potem od życia, trochę mniej dotkliwie od wymiaru sprawiedliwości. Neuhaus zaś tą frazą ciekawie nawiązuje do głównego wątku historii – planu budowy farmy wiatrowej – wokół którego krążą inne tematy. Jest ich zdecydowanie więcej niż w poprzednich tomach z cyklu, ale to nie zmienia istotności tajemniczej sprawy morderstw, która niezmiennie frapuje odbiorcę najbardziej.

Ginie stróż nocny, a pewna działka, nagle warta kilka milionów euro, będzie kosztować kogoś życie. Pia Kirchoff i Oliver von Bodenstein prowadzą śledztwo pośród protestujących przeciwko farmie wiatrowej w górach Taunus. Spotykają się z korupcję i fałszywymi ekspertyzami. Każdy z podejrzanych ma dobry motyw – od zemsty, przez chciwość, aż po czystą nienawiść. Im dłużej trwa śledztwo, tym szerszy jest krąg podejrzanych i nic nie jest takie, jakie się na początku wydawało. W dodatku Bodenstein ma na głowie ważniejsze sprawy niż prowadzenie dochodzenia.


Poppapraniec jest wiernym fanem kryminałów coraz popularniejszej ostatnio Niemki głównie ze względu na to, jak podchodzi ona do kreślenia bohaterów swoich historii. Są to postaci, w których prawdziwość czytelnik nie wątpi nawet przez chwilę, borykające się z bliskimi mu problemami, równie często doświadczane przez życie. Neuhaus, przypisując swoim bohaterom wygląd i charakter, kieruje się stereotypami. Całe szczęście nie są oni na wskroś stereotypowi, autorka bowiem wzbogaca ich osoby o indywidualne cechy, dzięki którym tak łatwo zapamiętujemy, kto jest kim, jaką pełni rolę i jaka jest jego historia. Poppaprańcowi bardzo podoba się, że Neuhaus potrafi obdarzyć intrygującymi losami szarego człowieka, z którym mijamy się na ulicy, nakreślić jego obraz w taki sposób, że czytelnik z miejsca nawiązuje z nim nić porozumienia i potrafi postawić się w jego sytuacji, dzięki czemu łączy go z nim silna więź emocjonalna. Każdy ma swoje sekrety, którymi dzieli się wyłącznie z odbiorcą, każda decyzja wynika z klarownie przedstawionego sposobu patrzenia na świat, charakteru i doświadczeń życiowych. Warto podkreślić, że ci skomplikowani (przez co jeszcze bardziej realni) bohaterowie zajmują w powieści różne role, a dopracowany portret psychologiczny to cecha nie tylko pierwszoplanowych Bodensteina i Kirchhoff, bowiem swoje indywidualne rysy mają również postaci drugoplanowe, a jest ich cała galeria.


Jak poppapraniec zauważył we wstępie, Kto sieje wiatr jest kryminałem bardziej zaangażowanym politycznie i społecznie niż poprzednie z serii. Sięgnięcie przez pisarkę po tematykę globalnego ocieplenia jest zaskakujące i stanowi odskocznię od tematów poruszanych we wcześniej twórczości. Poppapraniec wyobraża sobie, jak dokładny research musiała przeprowadzić autorka, zanim zasiadła do pisania tej powieści, ale pragnie też zaznaczyć, że wysiłek poświęcony na zdobywanie wiedzy o zagadnieniach związanych z globalnym ociepleniem wpłynął na lekkość, z jaką Nele Neuhaus porusza się obranej tematyce. Wątek farmy wiatrowej został poprowadzony z dbałością o realizm, co potrafi wyczuć nawet czytelnik posiadający znikomą wiedzę w tej kwestii. Gdyby zabrakło wiarygodności, cała historia z pewnością nie byłaby tak wciągająca, nie wzbudzałaby tylu emocji i przede wszystkim nie potrafiłaby zaintrygować odbiorcy, który podskórnie wyczułby, że coś w tej opowieści jest nie tak. Osadzenie historii kryminalnej wokół tak rozbudowanego tematu globalnego ocieplenia znacznie wpływa na atrakcyjność książki, nawet jeżeli odbiorca nie jest tą tematyką jakoś szczególnie zainteresowany.


Warsztat Nele Neuhaus z każdą kolejną powieścią jest coraz bardziej rozwinięty, co przejawia się choćby w tym, że autorka nie ma problemu z połączeniem w jedną fascynującą opowieść wielu wątków, doskonale wie, jakie chwyty zastosować, żeby w wybranym tempie stopniowo budować napięcie, a styl historii jest bardzo lekki w odbiorze, między innymi dzięki komunikatywnemu językowi i barwności opisów. Kto sieje wiatr to rozbudowany, zaangażowany społecznie kryminał, który wraz z odkrywaniem kolejnych sekretów wciąga coraz bardziej, do momentu kulminacyjnego, kiedy emocje sięgają zenitu. Poppapraniec może zapewnić, że rozwiązanie wątku kryminalnego wcale nie jest łatwe do odgadnięcia, zaś lawirowanie między różnymi sprawami, mylnymi tropami i sprzecznymi zeznaniami wespół z bliską czytelnikowi parą funkcjonariuszy zapewni wiele emocji, dzięki czemu kolejny tom serii na długo zapadnie w pamięci. Wspaniała lektura! Poppaprańca niezmiernie intryguje, co dla swoich fanów przygotowała Neuhaus w Złym wilku.

Tekst powstał we współpracy z Wydawnictwem Media Rodzina.

piątek, 1 września 2017

Islandzki kryminał oraz wszystko, co po drodze poszło dobrze i niedobrze


Kryminały skandynawskie zawsze robiły na poppaprańcu dobre wrażenie, bo bardzo podoba mu się ich mroczny i zimny świat. Myślał, że taki lodowaty klimat mają wszystkie kryminały z północy, nie wyłączając Islandii. I tutaj zaskoczenie! Nie wszystkich można zaliczyć do tej grupy, między innymi dlatego, że w świecie pewnych powieści w ogóle nie panuje żadna atmosfera. Tak, czytelnik bardzo dobrze rozkminia – „Tajemnica wyspy Flatey” to właśnie ta „pewna powieść”. Jest to książka, w trakcie której lektury poppaprańcem targały skrajnie różne odczucia, co po przeczytaniu ostatniej strony (poppapraniec zawsze czyta wszystko, nawet podziękowania i dodatki) poskutkowało utwierdzeniem się w myśli, że to pozycja wzbudzającą ambiwalentne odczucia.

Historia ta ma dwa wątki główne: zagadka księgi Flateyjarbok i morderstwo, które są ze sobą ściśle powiązane i przeplatają się na blisko trzystu stronach tegoż kryminału. Autor odnosi się do tego drugiego przy zakończeniu każdego rozdziału poprzez krótki, wyodrębniony graficznie fragment rozmowy dwóch osób. Jest to zdaniem poppaprańca zabieg zupełnie nietrafiony, który, jak tylko poppapraniec może przypuszczać, miał w sposób przystępny przybliżyć odbiorcy historię tej księgi, tak by nie atakować go gradem informacji na raz. W przypadku poppaprańca było tak, że kiedy docierał do końca króciutkiego rozdziału, wzdychał boleśnie z myślą, że znowu będzie musiał przebrnąć przez encyklopedyczną notkę o księdze Flateyjarbok. Nadzieja zrodziła się wówczas, gdy autor przeszedł do przedstawiania czterdziestu pytań będących kluczem do rozwiązania łamigłówki. Niestety, zmarła szybko i tragicznie, bo rezygnując z belferskiego (poppapraniec specjalnie użył tego słowa) tonu, autor popada w schemat, którego ma się już dość przy piątym pytaniu. A ta męka ciągnęła się przez kolejne czterdzieści rozdziałów.

Całe szczęście wątek kryminalny nie pozostawia zbyt wiele do życzenia. Już na pierwszych stronach czytelnik jest świadkiem odkrycia trupa, późniejsze dochodzenie tożsamości, sposobu śmierci i próba wytłumaczenia obecności denata na jednej z okolicznych wysepek to wspaniała rozrywka. Zagadka z pozoru niemożliwa do wytłumaczenia z każdym kolejnym dniem akcji nabiera nowych kształtów i zaczyna intrygować coraz bardziej. Viktor Arnar Ingólfsson wie, ile informacji może przekazać czytelnikowi, by ten wciąż czuł się zaintrygowany wątkiem, ale jednocześnie ta wiedza nie wystarczała do przedwczesnego rozwiązania sprawy kryminalnej. Poppapraniec musi przyznać, że nazbyt wiele zwrotów akcji nie było, mógłby je bez problemu wyliczyć na palcach, ale jeśli już coś go zaskakiwało, to zawsze dotyczyło wątku zabójstwa. Fakt, że mieszkańców wyspy jest niewiele, a zaledwie kilkunastu bierze udział w wydarzeniach, pozwala na stworzenie zagadki zamkniętego pokoju, bowiem oczywistym jest, że zbrodni dopuścił się ktoś z Flatey. Pozostaje tylko odpowiedzieć na pytanie: kto? Rozwiązanie wątku kryminalnego jest zdaniem poppaprańca nieoczywiste, przez co znacznie podniosło wartość kryminału w jego oczach.

Poppapraniec wiele by dał, żeby autor wykrzesał mrok i grozę z tej historii

Motyw zamkniętego pokoju jest idealnym pretekstem do przedstawiania zmian zachodzących w społeczności żywiącej różne podejrzenia w związku ze sprawą morderstwa. Niestety w tej książce autor prawie wcale o to nie zadbał i to, co najbardziej poppaprańca irytowało w trakcie lektury, to fakt, że mieszkańcy tytułowej wyspy jakoś niespecjalnie przejmują się obecnością wśród nich zabójcy. Momentami poppapraniec odnosił wrażenie, jakby ten ich stoicyzm brał się z tego, że znają prawdę, która jest jeszcze obca czytelnikowi. Czyżby zostali obdarzeni wcześniej niż należy wiedzą zarezerwowaną tylko dla autora i stąd ten stoicyzm? Inna rzecz, że poppapraniec spodziewał się sielanki, a w rzeczywistości otrzymał po prostu powolnie rozwijającą się akcję i kilka nudnych fragmentów, których nie sposób przyrównać do idylli. To chyba właśnie dlatego poppaprańcowi było tak trudno wyczuć atmosferę zamkniętej społeczności, tajemniczości czy czegokolwiek innego, co by go zadowoliło. Po prostu akcja momentami nazbyt się dłuży, co jest skutkiem przydługich opisów krajobrazów i dialogów.

Kwestia bohaterów wzbudza u poppaprańca zwykłe zmieszanie, bo obok bardzo dobrych kreacji literackich występują bohaterowie papierowi, co odbywa się oczywiście z przewagą tych drugich. Ale zostawmy ich w spokoju, bo już na kilka dni po skończeniu „Tajemnicy wyspy Flatey” zupełnie wylecieli z pamięci poppaprańca. Należy jedynie napomknąć, że główny bohater należy właśnie do tej niechlubnej grupy. Szczególnie interesująca postacią wydała się poppaprańcowi Johanna Thorvald ze względu na swoją niejednoznaczność. Bohaterka ta zostaje obdarzona mroczną historią, której wyjawienie wzbudza niemałe emocje. Przy tym jest kobietą bezkompromisową, rzeczową, inteligentną, a jako że skończyła medycynę, pełni z jednej strony rolę dobrej wróżki, która pomoże przy wszystkich dolegliwościach, z drugiej jednak swoją wiedzą i zasobami medycznymi mogłaby wyrządzić wiele zła. Jaka jest naprawdę? Tego nie wiadomo, dlatego wzbudza tyle emocji i jest tak bardzo autentyczna. Równie barwny jest Jon Ferdinand, któremu poświęca się w lekturze trochę mniej uwagi, niemniej jednak mocno zapada w pamięć z podobnego względu co Johanna – jest osobą niejednoznaczną, także trochę zagubioną, ze szwankującą na starość pamięcią. Autor „użył” tę postać w sposób niecodzienny, stworzył szalenie intrygującego bohatera, którego poppapraniec mimo wszystko bardzo polubił.

Poppapraniec chciałby na Islandię pojechać, ale póki co zadowala się widokami swojej wsi
Poppapraniec ma nieodparte wrażenie, że w kryminale tym autor nazbyt często opierał się na przypadkach losu. Nie wzbudzałoby to w poppaprańcu zastrzeżeń na początku historii, ale kiedy nagle okazuje się, że w wyniku zrządzenia losu na tej samej wyspie znajduje się kilka osób, których przeszłość jest silnie powiązana i ma niemały wpływ na rozwiązanie zagadki morderstwa, coś musi zazgrzytać w myślach każdego czytelnika. Przypadek to naprawdę bardzo słaba motywacja dla spotkania po latach. Poppapraniec nie bardzo też wie, jak ma interpretować ostatnią scenę powieści, w której ni stąd ni zowąd dochodzi do wymieszania kryminału ze zjawiskami fantastycznymi. Cóż, „Tajemnica wyspy Flatey” jest powieścią wzbudzającą wiele wątpliwości, konstrukcją wzlotów i upadków. Na pewno nie nazwałbym całości nietypowym kryminałem, choć wątek morderstwa rzeczywiście taki był, bo ciągle nazbyt widoczne są wcześniej opisane niedociągnięcia. W stosunku do niej poppapraniec ma ambiwalentne odczucia i raczej nie zachęcałby do jej przeczytania.

Recenzja powstała we współpracy z wydawnictwem Editio.

czwartek, 17 sierpnia 2017

W odkrywaniu tego, co ukryte

Dwie jedenastolatki po drodze do domu widzą wózek z dzieckiem. Postanawiają je uratować – skoro ktoś je zostawił bez opieki, to znaczy, że go nie chce. Prawda? Kilka dni później policja znajduje zwłoki niemowlęcia. Po szybkim procesie dziewczynki zostają skazane. Siedem lat później Alice i Ronnie wychodzą z poprawczaka. Mają szansę zacząć życie od nowa. Jednak tajemnica, którą owiana jest dawna zbrodnia, wciąż dręczy ich rodziców, prawników i policjantów. Wszystkich, którzy wtedy nie odważyli się stawić czoła szokującej prawdzie… A kiedy w niepokojących okolicznościach znika kolejne dziecko, podejrzenia natychmiast padają na dawne koleżanki. Sprawę prowadzi młoda pani detektyw, która siedem lat wcześniej znalazła ciało Olivii.

Na pierwszej stronie mojego egzemplarza leży nieżywy robak, które zabiłem, używając właśnie tej książki. To jasny znak dla wszystkich chcących przeczytać „To, co jasne" – jeśli nie oddasz pożyczonej lektury, będziesz kolejny... A teraz na poważnie. Z pewnością znalazłoby się wielu, którzy chcieliby przeczytać ten kryminał, bo jest dobry. Przede wszystkim należy zaznaczyć, że autorka wykreowała naprawdę złożone główne bohaterki. Zarówno Alice, jak i Ronnie są postaciami niejednoznacznymi, bo okazuje się, że im więcej czytelnik dowiaduje się o przeszłości obu już dorosłych dziewczyn, tym bardziej wszystko ulega zmianom. Żadna z nich nie jest w zupełności dobra ani zła, ich zachowania doskonale obrazują zasadę, że nic nie jest w zupełności czarne albo białe. Alice i Ronnie to bohaterki, w których mieszają się różne odcienie szarości i to głównie dlatego tak bardzo wciąga ich historia – czytelnik koniecznie pragnie poznać prawdę z przeszłości, dowiedzieć się, kim dziewczyny są naprawdę. Równie dobrze zostały nakreślone postaci drugoplanowe, czego najlepszym przykładem jest matka Alice. Dlaczego, dowiecie się, jeśli dotrzecie do finału opowieści.

Jako że to kryminał (flirtujący z wieloma innymi gatunkami), równie ważne było dla mnie, by wątek kryminalny okazał się trudny do rozwiązania. Nie zawiodłem się. Laura Lippman usnuła misterną intrygę, prowadząc do jej rozwiązania poprzez meandry fałszywych wskazówek, wielu niewiadomych, co zrobiła bardzo zręcznie, budując stopniowe napięcie. Co prawda atmosfera gęstnieje dopiero po połowie książki, niemniej jednak to, co dzieje się później mocno wciąga odbiorcę. A później przychodzi moment na finał i rozwiązanie zagadki, które po prostu wbija w fotel. Nie przypuszczałem nawet, że można by tę historię poprowadzić w taki sposób, dzięki czemu „To, co ukryte" wiele zyskało w moich oczach i na pewno jest godne tego, by nazwać je dobrym kryminałem.

Autorka pisze językiem prostym, ale nazbyt często rozwodzi się nad rzeczami mało istotnymi. Szczególnie lubi sobie pofolgować przy opisach, co doprowadza do tego, że zanim czytelnik dotrze do połowy kryminału, gdzie uwagę przykuwa wzrastające napięcie, trudno mu okiełznać myśli, które pędzą we wszystkie możliwe strony, nie mogąc się skupić na lekturze sprawiającej niewiele przyjemności. Gdyby nie dobrze napisane, naturalne dialogi zapewne w ogóle nie dałoby się przebrnąć przez pierwsze strony książki. Podsumowując, „To, co ukryte" jest dobrym kryminałem, z fenomenalną zagadką, przydługim wstępem i doskonale nakreślonymi bohaterami, których poczynania czytelnik obserwuje z wielkim zafrapowaniem. Pomimo mankamentów, warto ją przeczytać i dotrzeć aż do satysfakcjonującego finału. Teraz czas zapoznać się z adaptacją filmową powieści i porównać, kto opowiedział tę historię ciekawiej.

Oceniam: 7/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję

niedziela, 30 lipca 2017

Każdy, kto poznaje ten sekret, ginie

Zbigniew Zborowski „Skaza”, Znak Literanova, Kraków 2017

Zagłębienie tuż pod potylicą. Najsłabiej osłonięty mięśniami punkt kręgosłupa szyjnego. Nawet lekkie uderzenie ostrym przedmiotem w to miejsce przerywa rdzeń kręgowy i powoduje śmierć. Tak zginęła młoda kobieta. Tak zabić mógł tylko fachowiec. Śledztwo przejmuje Bartosz Konecki – gliniarz, który przeżył załamanie, prawie wyleciał z policji i nie kontroluje agresji. Właściwie nikt mu nie ufa. Ale tylko on widzi więcej niż inni. Komu zależało na śmierci doktorantki Zakładu Fizyki Jądrowej? I czy to możliwe, że morderstwo ma coś wspólnego z tajemniczym odkryciem przedwojennego polskiego naukowca?

„Skaza” to bardzo dobry kryminał rozpoczynający się trzęsieniem ziemi, a co dzieje się później, wszyscy dobrze wiedzą. Napięcie bardzo powoli, ale ustawicznie wzrasta, coraz bardziej angażując czytelnika w przedstawianą historię, choć trzeba przyznać, że ten przy zawiązywaniu akcji i wprowadzaniu w świat przedstawiony nie jest nadto zafrapowany. Wreszcie jednak przychodzi chwila, kiedy już nie można oderwać się od lektury nawet na moment, tak mocno wciąga skomplikowana opowieść o losach wielu ludzi, krzyżujących się ze sobą na różny sposób. Na sukces kolejnej już książki Zbigniewa Zborowskiego składa się wiele elementów, ale zanim o tym, przyjrzyjmy się sylwetce samego autora.

Zborowski to persona nietuzinkowa. Lubi życie na krawędzi: na granicy pakistańsko-afgańskiej kupił pistolet, który przemycił przez Chiny i Rosję, z Maroka wracał pod pokładem statku przewożącego chemikalia. Był wolontariuszem wydziału genetyki Uniwersytetu w Guadalajarze. Łatwiej byłoby wymienić, czego w życiu nie robił. Pracował jako robotnik leśny w Bieszczadach, przemierzył z plecakiem Indie, Nepal i Pakistan, był wolontariuszem w Meksyku. W 1991 roku zadebiutował w roli dziennikarza. Jako reporter poruszał tematy trudne, m.in. o mafii. Nie żałuje w życiu ani jednej sekundy.

Bardzo podoba mi się, z jaką zgrabnością i dbałością o utrzymanie wszystkiego w ramach logiki prowadzona jest narracja na dwóch płaszczyznach czasowych. Powieść zaczyna się od pozornie nic nieznaczącego eksperymentu. Pozornie, bowiem jak pokazuje dalsza lektura, na tym krótkim, wstępnym przebłysku można osadzić intrygującą historię. Zborowski umiejętnie kreśli wątki poboczne, bacząc jednak, by pomimo szybkiego nawarstwiania się kolejnych z nich, nic nie zgrzytało – choć mnożą się nowe postaci i wydarzenia, wszystko jest ze sobą silnie powiązane, nie ma miejsca nawet na najmniejsze potknięcia logiczne. „Skaza” jest bardzo dobrym przykładem na to, że do stworzenia porywającej historii może posłużyć element pozornie nieinteresujący, pod warunkiem, że ma się bogatą wyobraźnię i ciekawą wizję.

Przypuszczam, bo tylko tyle mogę, że zanim Zborowski zasiadł do pisania tej książki, miał już solidnie przygotowany plan wydarzeń i rzetelnie przeprowadzony research. Wnioskuję tak na podstawie tego, że wraz z rozwojem historii, autor ujawnia tylko niektóre sprawy, tak by postawić przed czytelnikiem i policjantami ze stołecznej komendy policji w Warszawie kolejne pytania, ale nie udzielać na nie przedwczesnej odpowiedzi. Nawet najbystrzejsze umysły nie rozwiążą zagadki morderstw, dopóki nie pozwoli na to przebiegły autor, nieraz wyprowadzający czytelnika w pole, wodzący za nos mylnymi tropami. Choć należy przyznać, że w niektórych przypadkach maskowanie poszlak nie idzie autorowi za dobrze, co pozbawia efektu zaskoczenia w wyliczonych na to chwilach. Ale to sporadyczne przypadki. Co się zaś tyczy researchu – poruszamy się w przeróżnych środowiskach, niemniej jednak ma się wrażenie, że każde z nich narrator zna od podszewki oraz doskonale orientuje się w terminologii czy przepisach, dlatego nie poddajemy w wątpliwość żadnej sceny. Wszystko, co zostaje opisane, odbiorca przyjmuje jako oczywistość, tak przekonująco kreśli wszystkie wydarzenia autor.

I w tym miejscu nie mógłbym przemilczeć kwestii języka, jakim opowiedziano frapującą historię Koneckiego i wielu innych bohaterów, których kontakty splatają się z powodu niewielkiego notatnika z czasów drugiej wojny światowej. Same opisy postaci nie są jakimś szczególnym wyczynem, bo chociaż niektórzy bohaterowie bardzo dokładnie przyglądają się samym sobie w lustrach (chyba ulubiony sposób przedstawienia postaci), w moim przypadku ich wyobrażenia w ogóle nie przypominają tego, co zawarto w powieści. Może gdyby Zborowski obdarzył bohaterów zarezerwowanymi tylko dla nich atrybutami, ci zapisaliby się wyraźniej w pamięci? Za to wydarzenia, a zwłaszcza te dynamiczne, autor opisuje wprost po mistrzowsku. Używa krótkich, urywanych zdań, mnożą się czasowniki, czytelnikowi zaś serce bije coraz szybciej, a na twarzy pojawiają się wypieki. Scena finałowa była dla mnie źródłem tylu emocji, że te schodziły ze mnie przez dość długi czas. Raz akcja wprost gna na złamanie karku, by za chwilę gwałtownie się zatrzymać, pozwalając na wzrastanie napięcia. W pewnym momencie sięga ono zenitu, ale... nie będę więcej o tym mówił, musicie się o tym przekonać sami.

Jedyne o co mam wielki żal do autora, to fakt, że tak niewiele uwagi poświęcił rozwinięciu tematu sonoluminescencji, który tak intrygująco przedstawił na pierwszych stronach „Skazy”. Przyznam, że aż do ostatnich stron czekałem na jakąś zapierającą dech w piersiach sytuację z wykorzystaniem sonoluminescencji, a jej brak pozostawił pewien niedosyt, który koniecznie chciałoby się czymś zapełnić. Zdaję sobie sprawę, że to zjawisko słabo rozumiane nawet w środowisku naukowców, niemniej jednak pierwsze strony tak bardzo rozbudziły moje zainteresowanie tą tematyką, że grzechem było tak skąpe jej poruszenie. Podsumowując, nowa książka Zborowskiego to fascynująca historia rozgrywająca się na dwóch płaszczyznach czasowych, wciągająca świetnie nakreślonym światem i umiejętnie poprowadzoną akcją. Dużo w niej misternie snutych intryg, które na szczęście udało się autorowi utrzymać w ryzach logiki. „Skazie” można zarzucić też kilka wad i poczucie pewnego niedosytu po skończeniu lektury, ale nie ulega wątpliwości, że to tytuł godny uwagi. Polecam!

Oceniam: 7/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję