Ariana | Blogger | X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 grudnia 2018

Co sobie pomyślałem, po raz kolejny czytając Larssona


Pożyczyłem już jakiś czas temu koleżance z klasy pierwszą część „Millenium” i nie ukrywam, że bardzo mnie wtedy zaskoczyła, bo po kilkunastu dniach odniosła mi to tomiszcze, mówiąc, że nie może przebrnąć. Nie do pojęcia dla mnie, który potrafił siedzieć nad całą trylogią do późnych godzin porannych.

Chwilę potem przypomniałem sobie, że przecież moje pierwsze podejście do literatury Larssona też nie wypadło najlepiej i skończyłem lekturę na czterdziestej stronie. Tłumaczyłem to sobie później na wiele sposobów: a bo niezachowana chronologia, a bo młody byłem, pewnie nic pojąć nie mogłem, odpuściłem przerażony gabarytami.

Śledzący instagrama (na którym udzielam się niezwykle rzadko, więc nie wiem, po co ktokolwiek miałby go obserwować) pewnie wiedzą, że znów zabrałem się za „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet”. Wciąż udziela mi się to zafascynowanie towarzyszące poprzednim lekturom, ale tym razem podchodzę do powieści nieco bardziej krytycznie. Z tego względu czuję jakieś dźganie, uwiera mnie ten tekst momentami. Myślę, myślę i już wiem, co mnie tak niepokoi podskórnie.

Główny bohater — Mikael Blomkvist — jest po prostu mało interesujący.

Teraz ogarniam, że potęga tej książki i całej trylogii tkwi w postaci Lisbeth Salander. Niesamowitej dziewczynie, która wzbudza duże emocje, którą się obserwuje z zachwytem czy zapartym tchem, chcąc być jak ona, mieć taką kumpelę. Jest niesamowicie realną bohaterką, pomimo że zachowuje się w sposób nieracjonalny, nieprawdziwy, a nawet groteskowy. Ale Lisbeth do twarzy jest z tymi wszystkimi skrajnymi zachowaniami. Buduje ją to, co u innych postaci literackich wzbudzałoby wyrażane z politowaniem zwątpienie, zaś w jej przypadku nie wzbudza cienia wątpliwości. Jest owiana tajemnicą, mrokiem. Bije od niej mroczna energia, głęboko ukryta siła, drzemiąca w uśpieniu potęga.
Kocham tę kreację literacką.

I mam dużo żalu do Stiega Larssona, że głównym bohaterem uczynił średnio zajmującego dziennikarza (ech, w ilu thrillerach mamy z takim do czynienia!) a nie tę zdegenerowaną hakerkę. Z drugiej strony obawiam się, że pierwszoplanowość mogłaby ją odrzeć z największego atutu — tajemnicy. Mając to na uwadze, radzę zamienić pytanie „Dlaczego Salander robi sobie operację powiększania piersi?” na „Czy Salander powinna być główną bohaterką trylogii?”. To kwestia o wiele bardziej intrygująca i złożona.

sobota, 24 listopada 2018

Jak działa pamięć?


Co robi typowy uczeń – jak ja – kiedy nie chce mu się uczyć? Zrzuca wszystko na brak wiedzy o skutecznym przyswajaniu wiedzy i zaczyna bardziej lub mniej owocne poszukiwania odpowiedzi na pytanie: jak uczyć się szybko i skutecznie? Z tego względu niesamowicie kuszącą wydała mi się możliwość przeczytania książki napisanej przez norweski duet składający się z dwóch sióstr: pisarki (Hilde Østby) i neuropsycholożki (Ylva Østby). Ostatecznie lektura „Jak działa pamięć?” okazała się dla mnie bardzo pozytywnym doświadczeniem, znacznie poszerzając zakres wiedzy nie tylko o zapamiętywaniu, ale i innych interesujących kwestiach, które oscylują wokół mechanizmów działania mózgu.

Opis wydawcy:
Ileż razy każdy z nas mówił: „Mam to na końcu języka!” i nie umiał sobie czegoś przypomnieć? Ile razy jakiś przedmiot – jak Proustowska magdalenka – wysłał nas w czasy dzieciństwa? Ile razy nie mieliśmy pewności, czy coś nam się śniło, czy stało naprawdę? A déjà vu? To dopiero zagadka! Dwie siostry, neuropsycholożka i dziennikarka, wyruszają w szaloną podróż: od odkrycia hipokampu aż po nowoczesne czytanie w myślach za pomocą rezonansu magnetycznego. Opowiadają o fałszywych wspomnieniach, zapominaniu i klastrach pamięci. Rozmawiają z synestetą, z dziesięcioma nurkami, czterema arcymistrzami szachowymi, śledczym z wydziału kryminalnego, śpiewakiem operowym, królową quizów, pisarką, noblistą, klimatologiem i blogerką. Poza tym zrzucają człowieka (swoją siostrę) z samolotu, żeby dowiedzieć się, czy istotnie w chwili zagrożenia człowiekowi przelatuje przed oczami całe życie (spokojnie, miała spadochron).


Pierwsze, co ciśnie się na usta przy omawianiu tej pozycji, to zachwyt nad ogromnym bogactwem informacji, który przyswaja się przez wertowanie kolejnych stron. Dzięki autorkom znacznie wyraźniej jawią się czytelnikowi tematy powiązane ze wspomnieniami. Mnie najbardziej zainteresował rozdział poświęcony fałszywym wspomnieniom. Okazuje się bowiem, że każdy z nas wytwarza ich sobie więcej lub mniej, najbardziej intrygujące jest jednak to, że z pomocą manipulacji można wytworzyć fałszywe wspomnienia u innych. Jest to jednak – na szczęście – bardzo trudne do osiągnięcia.

„Jak działa pamięć?” jest powieścią popularnonaukową, w której właściwie każdy rozdział skutecznie przyciąga uwagę odbiorcy. Składa się na to kilka elementów. Przede wszystkim fakt, że autorki osadzają przekazywaną wiedzę w różnych kontekstach, przybliżając sylwetki interesujących ludzi, opisując interesujące wydarzenia, czy przez dzielenie się różnymi anegdotami. Odnoszą się do historii, kultury, literatury, ale i aspektów naszego codziennego życia. To doskonale odzwierciedla wszechobecność zapamiętywania, wspomnień i zapominania w życiu człowieka. Pracując nad poszczególnymi rozdziałami, starają się podejść do tematu z każdej strony, poznać go i przekazać czytelnikowi jak najdokładniej. Siostry poddają eksperymentom swoich współpracowników, biorą w nich udział też osobiście. To znacznie wzbogaca i uatrakcyjnia treść książki.

A propos atrakcyjności, należy wspomnieć o samym wydaniu. To już trzecia z kolei książka od wydawnictwa Marginesy utrzymana w podobnej estetyce (tematyce popularnonaukowej dotyczącej ciała człowieka zresztą też), ale nienależąca chyba do żadnego konkretnego cyklu, która zachwyca piękną szatą graficzną. Nie wiem też, na ile to zasługa tłumaczki Mileny Skoczko, a na ile samych sióstr, ale „Jak działa pamięć?” to lektura, którą czyta się szybko i przyjemnie dzięki prostemu językowi. Jedyny zarzut kierowany w stronę tej pozycji wiąże się z samą tematyką pozycji i polega na dość częstym uciekaniu myśli w inne tematy. Dochodzi do tego siłą rzeczy, w końcu tematem książki są wspomnienia, a tych każdy z nas ma wiele i do większości z nich chętnie powraca. Summa summarum dzieło sióstr Østby jest jak najbardziej godne uwagi. Nie dość, że dostarczy wiedzy na temat wspomnień, pamięci i zapominania, dodatkowo zapewni czytelnikowi rozrywkę. Polecam!


Tekst powstał we współpracy z wydawnictwem Marginesy.

wtorek, 21 sierpnia 2018

Gdy kobiecie jest źle...

Tym razem bez wstępu, ot co.
Na początkowych stronach „Dietolandu” poświęconych wprowadzeniu w świat przedstawiony główna bohaterka jawi się jako osoba zwyczajnie dziwna i nieciekawa. Nastawienie zmienia się wraz z fabularnym powrotem w retrospekcji do dzieciństwa Plum, jednak wówczas pojawia się infantylność, warunkowana tym, w jaki sposób ta postać patrzy na świat. Retrospekcja oczywiście pozwala nam zrozumieć, dlaczego dorosła Plum podchodzi do swojej otyłości w taki a nie inny sposób, ale tym samym przywiera do niej naiwność, która będzie jej nieodzowną cechą do końca lektury. Nawet po przemianie, trudno traktować ją z całkowitą powagą. Politowanie wzbudzają takie sceny jak kłótnia z kurierem na rowerze, ale jednocześnie pozwalają na wytworzenie się między czytelnikiem a Alicią (to jej prawdziwie imię) silnej więzi — sympatii, jaką obdarza się nieporadne, ale chcące być postrzegane jako harde, koleżanki.

To nie ja, lecz Szymborska (wykonała)
Jako osoba wyczulona na tematykę otyłości, szczególnie zainteresowany byłem przyczynami nadwagi głównej bohaterki. Często bowiem bywa, że autor obdarza swoją postać irracjonalnymi pobudkami. U Plum po prostu zawiniły geny.
Tym ciekawsza wydaje się jej walka ze zbędnymi kilogramami, z góry skazana na niepowodzenie. Autorka tworzy bohaterkę-symbol, jedną z miliona kobiet, dążącą do osiągnięcia wyglądu, jakiego oczekuje od niej społeczeństwo kierowane stereotypami. Droga, jaką pokonuje Plum do zaakceptowania swojego wyglądu, pełna jest ironii i krytyki wymierzonych w stronę twórców programów odchudzających, mediów i tym podobnych. Słowem: w odpowiedzialnych za kreację obraz idealnej kobiety w społecznej świadomości i sianie kompleksów w psychice kobiet, które się tej normie wymykają.
Narzędziem, którym z lubością posługuje się Sarai Walker, jest groteska, czasami stosowana aż w nadmiarze. Walker zaskakuje swoją pomysłowością przejawiająca się w skutkach „efektu Jennifer” (nie chce spoilerować), ale nie unika przesytu prowadzącego do zniesmaczenia i całkowitego oderwania od rzeczywistości. Myślę, że przekaz książki niewiele by stracił, gdyby zrezygnowano z „czarnej listy penisów”. To zestawienie nazwisk mężczyzn, z którymi nie wolno uprawiać seksu, jeżeli chce się żyć. Kontrowersyjne, ważne? Śmieszne.

A skoro o bohaterach, warto zauważyć, że Sarai Walker ogranicza liczbę bohaterów męskich do minimum, umieszczając ich wyłącznie w rolach epizodycznych. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę feministyczny charakter powieści, która jest opowieścią o łamaniu powszechnego modelu piękna, próbie zaakceptowania siebie, rozgrywającą się na tle wydarzeń, które za sprawą nieznanej Jennifer obracają życie społeczne do góry nogami. Muszę przyznać, że bardzo pomysłowa i kusząca wydała mi się wizja, w której znika wszechobecna nagość i uprzedmiotowienie kobiecego ciała na rzecz męskiego ciała. Co wydało mi się niepokojące w trakcie lektury, to fakt, że odwrócenie roli jest elementem groteskowym, a więc humorystycznym. Negliż mężczyzn bawi czytelnika, a w świecie fabularnym budzi kontrowersje i zniesmaczenie większości społeczeństwa. Dziwne, że nikt nie ma takiego problemu, kiedy chodzi o atakujący zewsząd kobiecy negliż, ba, wielu traktuje to jako coś normalnego i oczywistego. I to powinno zmusić czytelnika do refleksji.

Język powieści, jak na powieść feministyczną przystało, nierzadko bywa wulgarny. Zdecydowanie też większa uwaga jest poświęcona cielesności kobiet. To z pewnością przekłada się na siłę komunikatu, jaki chce nam przekazać autorka poprzez historię Plum, zachęca do mówienia o swoim ciele bez żadnych tabu, przede wszystkim do polubienia swojego ciała. Niemniej jednak Walker i z wulgarnością przesadza. Co prawda rzadko, bo rzadko, ale próba wzbudzania kontrowersji bez żadnego większego celu, niż tylko taki, żeby było kontrowersyjnie (jak to brzmi!) to zabieg, który nie powinien przydarzyć się tej historii.

Książka zbudowana jest z dwóch płaszczyzn: pierwszą jest obszerniejsza historia Plum, a na jej tle śledzimy poczynania tajemniczej Jennifer, ściślej mówiąc, śledzimy doniesienia o jej czynach w największych mediach. Początkowo nie widziałem sensu umieszczania obok siebie tych niepowiązanych w żaden sposób historii, ale jak się okazało, wcale nie są takie odrębne i im bliżej końca lektury, tym więcej się dowiadujemy, a sam zabieg wreszcie nabiera znaczenia. Głównym tematem „Dietolandu” jest postrzeganie przez współczesną kobietę (swojej) nadwagi; to ta o wiele szerzej rozwinięta historia Plum. Jennifer za to jest narzędziem, który pozwala w opowieść o problemach głównej bohaterki wpleść inną ważną tematykę dotyczącą kobiet m.in. upośledzone postrzeganie gwałtu jako winę ofiary czy uprzedmiotowienie kobiet wciąż widoczne w wielu sferach życia.

Początkiem czerwca br. premierę miał serial oparty na książce
„Dietoland” to momentami dziwna, infantylna i irracjonalna historia, ale ogólnie rzecz biorąc, to interesujący opis zachodzących w społeczeństwie paradoksów, których ofiarami są kobiety. To pozycja na wskroś feministyczna, z pewnością godna przeczytania.

P.S Nie do końca zrozumiałem nawiązywanie do „Alicji z Krainy Czarów”, będę wdzięczny jeżeli ktoś, kto już książkę przeczytał, wytłumaczy mi, po co autorka sięga po powieść Carrolla. 

środa, 25 lipca 2018

Dlaczego jedni to lubią, a drudzy nie?


Ni stąd, ni zowąd przyszło mi do głowy jedno pytanie: dlaczego dla jednych „Mały Książę” jest literackim objawieniem, powiastką, która zmieniła podejście do różnych spraw, a niektórzy myślą o nim tylko z niechęcią? Temat zaczął krążyć wokół literatury ogólnie: dlaczego nie podobają nam się książki, które są bliskie naszym upodobaniom; i w drugą stronę? Siłą rzeczy musi chodzić nie tylko o gust. O co zatem?


„Homo est animal sociale”, czyli człowiek jest zwierzęciem społecznym,
(wybaczcie, ale uczyłem się sentencji łacińskich na konkurs, w którym nic nie udało mi się osiągnąć, więc żebym nie czuł się jak przegryw, wplatam je choćby tutaj do tekstów)
 jak powiedział Arystoteles. Dlatego właśnie nastroje otoczenia silnie wpływają na nasze odczucia. Większość z nas ma w sobie wewnętrznego buntownika i jeżeli tylko usłyszy on przyklaskiwanie innych, dostaje szału, nie zgadza się z powszechną opinią, mówiąc sobie, że inni nie mają racji, że są głupi i w ogóle kto podąża za tłumem?

Z tej przyczyny diametralnie zmieniło się moje nastawienie do kilku książek, nawet jeżeli z początku całkiem mi się podobały. Tak było choćby ze wspomnianym już „Małym Księciem”. Przyznam szczerze, czytając go po raz pierwszy, niewiele zrozumiałem z wszystkich tych alegorii, ale ujęły mnie niektóre myśli, więc na Antoine'a de Saint-Exupéry'ego spoglądałem przychylnym okiem. Potem, nie wiem dlaczego, wybuchła epidemia zachwytów nad „Małym Księciem” i przytłaczająca liczba okrzyków uwielbienia atakująca z wszystkich stron zdegradowała w moich oczach tę powiastkę filozoficzną.

Czy potrzebny jest nam taki wewnętrzny buntownik? Mam co do niego ambiwalentne odczucia, bo z jednej strony zmusza do głębszego przeanalizowania dzieła i zweryfikowania naszego zdania, ale z drugiej to zwykła manipulacja, pod której wpływem nawet arcydzieła malują się nam jako grafomania czy tania rozrywka. Co śmieszniejsze: to automanipulacja, bo przecież nikt nas nie zmusza do zmiany opinii. Inna sprawa, kiedy o naszym stosunku do powieści decyduje opinia naszych autorytetów, lubimy im bowiem ulegać, być jak oni.

Każdy pewnie potrafi przytoczyć przykład powieści przeczytanej przedwcześnie albo za późno. Wiek, a dokładniej posiadany na danym etapie rozwoju światopogląd, umiejętność analizowania i znajomość tekstów kultury, są kluczowe dla odbioru powieści. Trudno, żeby oczekiwać od gimnazjalisty sympatii dla twórczości klasyków lub przekonać dorosłego do literatury młodzieżowej (co oczywiście nie jest niemożliwe). Ale to nie znaczy, że którekolwiek z tych dzieł jest złe. Po prostu odgrywają w naszym życiu ważną rolę tylko w pewnym wieku.

To smutne, że z tego powodu możemy bez odwrotu stracić szansę na polubienie jakiejś powieści, która mogłaby w jakiś sposób na nas wpłynąć. I tak jednak nie uda nam się przeczytać wszystkiego. Może czas pomyśleć nad jakąś listą książek do przeczytania w danym wieku? Choć z natury jestem nieufny względem wszelkich rankingów, a robienia czegokolwiek pod przymusem i tak nikt nie lubi.
Przymus. To też ważny czynnik. Na palcach jednej ręki u pracownika tartaku można by policzyć uczniów, którzy do obowiązkowych lektur podchodzili z przyjemnością. Ech, co ten wewnętrzny buntownik z nami wyprawia!

Zgadnijcie, który Kleks to ten brzydki. (jeżeli cokolwiek rozóżnicie z tych zdjęć)

Dla mnie ważny jest wygląd powieści oraz warunki, w jakich ją poznaję. Jeśli w dzieciństwie umieraliście ze strachu przed marszem wilków w „Akademii Pana Kleksa”, to z pewnością sięgnęliście też po książkę Brzechwy. Miałem to nieszczęście czytać wydanie Siedmioroga, w którym ilustracje były tak paskudne i niepasujące do atmosfery całej opowieści, że po prostu musiałem odłożyć lekturę, żeby nie zniechęcić się do świata Pana Kleksa. Całe szczęście później wpadło mi w ręce wydanie Naszej Księgarnii z ilustracjami Marianny Sztymy  — jeszcze nie do końca to, czego szukałem, ale o wiele bliższe mojemu sercu, z duszą.

Czasami mają znaczenie nawet takie pierdoły jak kolor papieru czy czcionka. Dałbym się pociąć za białe wydanie całej serii „Pana Samochodzika”, tym bardziej, ze egzemplarze wypożyczone z biblioteki były już trochę nadszarpnięte przez czas, dzięki czemu opisywane przygody były jeszcze bardziej namacalne.

„De gustibus non est disputandum”, co się przekłada jako „o gustach się nie dyskutuje”. Jak się jednak okazuje, nie tylko nasz gust ma wpływ na to, jak będziemy nastawieni do różnych dzieł.
No więc geny czy środowisko?

poniedziałek, 2 lipca 2018

Znowu przeczytałem biografię celebryty

Chwalisz się czy żalisz?
To pewnie wasza pierwsza myśl.
Ale od początku.
Wyłapałem ostatnio w odmętach Internetu (wciąż jest on dla mnie rzeczownikiem własnym) promocję, na którą dałby się nabrać każdy nałogowy czytacz: piętnaście książek za niecałych sześćdziesiąt złotych. Nie powinienem być zdziwiony, kiedy już otworzyłem pudło z księgarni i zobaczyłem mieszaninę harlequinów, tanich kryminałów i biografii celebrytów. A jednak byłem. Szybko dokonałem podziału na to, co da się czytać i na to, co schować gdzieś na dnie biblioteczki; palić ani oddawać tych szkarad nie chciałem, bo mimo wszystko to moje –– choć ohydne — dzieci. Na pierwszej kupce jakiś reportaż o Rosji i biografia Michała Piróga, o drugiej nie wspomnę, skwitujmy to milczeniem.


Pomyślałem, „Czemu nie, mogę dziabnąć trochę tej biografii". A to dlatego, że ujęła mnie dedykacja, którą przytaczam:

Książkę dedykuję wszystkim, którzy z powodu poglądów politycznych, wyznania, koloru skóry czy orientacji seksualnej muszą każdego dnia udawać kogoś, kim nie są. Życzę Wam, żeby nadszedł taki dzień, w którym każdy z Was poczuje się w pełni wolny.

Koniec cytatu. Kto może dedykować książkę o sobie do takich ludzi, jeżeli nie człowiek, który z jakichś powodów jest inny i tę swoją inność nosi jak Jedi świetlny miecz?*
Szczerze, niewiele na temat Piróga wiedziałem, prócz tego, że mignął mi parę razy w programach TVN-u. No więc zaciekawiony zacząłem lekturę, a ta od początku wciągnęła mnie głównie ze względu na lekkość przekazu. Michał mówi o sobie, jakby akurat prowadził z nami rozmowę, czasami jego wypowiedź przerywana jest kwestiami osób z otoczenia. Dlatego tak przyjemnie się ją czyta: wystarczy siąść i słuchać. Nie wymaga to od nas zbyt wielkiego wysiłku.

Ale ta lekkość przypłacona jest spłyceniem życiorysu naszego obiektu zainteresowań. Poznajemy go z jednej perspektywy, wypowiedzi bliskich są przytaczane wyłącznie w celu podtrzymania zbudowanego/narzuconego już sposobu postrzegania, wszystkie są do siebie bliźniaczo podobne. Bo ja bym najchętniej wszystkie biografie dał do zrobienia Grzebałkowskiej, no ale a) Grzebałkowska wszystkich nie opisze b) celebrytom nie zależy na szczegółowej, fascynującej biografii, która sprowokuje do myślenia. Taki ze mnie już idealista i wierzę, że każdy z nas ma niesamowicie interesujące życie, może swoim postępowaniem zmienić coś w postrzeganiu świata u innych. No i tutaj się raczej nie mylę. Ale nie wszystkim zależy, żeby to pokazać, a już na pewno nie gwiazdom, dla których taka lekka biografia to okazja do połechtania ego i zarobku.


A skoro o łechtaniu ego, to muszę zauważyć, że nieważne jak bardzo starałby się przedmiot biografii (niekoniecznie Piróg, to dotyczy wszystkich tego typu produktów) zawsze znajdzie się taki fragment rozmowy, który zabrzmi trochę samochwalstwem. Mnie szczególnie mocno w pamięci utkwiły te słowa:

Z Oshrinem dobraliśmy się pod każdym względem. Fizycznym też. Uwielbiałem się z nim kochać. Kiedy po rozłące z powrotem znalazłem się w naszym izraelskim mieszkaniu, od progu zaczęliśmy się całować. I nagle poczułem, że Oshrin już doszedł, mimo że dopiero się witaliśmy. To było wspaniałe uczucie. Dowód na to, jak bardzo mnie pragnął.

Tak, wszyscy cenią sobie otwartość i szczerość, ale właściwie co biografowany chciał nam przekazać w ten sposób? Czy tylko pokazać miłość swojego partnera, którą i tak podkreśli w rozmowie jeszcze wielokrotnie? Proszę zauważyć, że prowokuję czytelników do myślenia! Miałem jeszcze ponarzekać na to, że od pewnego momentu biografia porusza się tylko po temacie homoseksualizmu, nawet rozdziały są podzielone według poszczególnych partnerów, ale doszedłem do wniosku, że w końcu miłość to bardzo absorbujący naszą codzienność czynnik, więc nie mam się do czego przyczepiać. A od serca dodam, że młodość Michała Piróga jest naprawdę interesująca, szczególnie spodobała mi się jego brawura, działanie pod wpływem impulsów i bezczelność. Takich ludzi bardzo lubię i szanuję.

Co jeszcze czyni biografie celebrytów takimi pociągającymi? To, że możemy choć na chwilę skosztować ich życia. I bynajmniej nie jest to rzeczywistość, w której trzeba się hamować z kupowaniem książek, żeby przetrwać kolejny miesiąc. To też możliwość wysłuchania kolejnej historii człowieka, który z pucybuta stał się milionerem, dzięki swojej determinacji i wierze w spełnienie marzeń. Jest to z pewnością zaspokojenie jakiejś naszej wewnętrznej potrzeby na przeżywanie takich losów, bo wierzymy, że jeżeli innym się udało, to tak samo będzie z nami. Nawet jeżeli nie robimy nic, by nasze ambicje i marzenia spełniać.

Nie mam oczywiście Michałowi Pirógowi za złe tego, że postanowił sprzedać nam taki jednostronny i spłycony obraz siebie. Przytoczył parę anegdot, powiedział coś od serca, zapewnił mi rozrywkę na kilka wieczorów, a tekst został świetnie zredagowany — to wystarczy, żeby „Chcę żyć" spełniło swoje zadanie, jakim jest zainteresowanie odbiorcy. Swoją drogą trochę to dziwny tytuł dla biografii, jakby ktoś zabraniał Pirógowi żyć albo jakby był to jakiś manifest samobójcy po kilku próbach. Jak dla mnie niepotrzebne nadęcie.


Chciałem, żeby ten tekst nie był tylko i wyłącznie recenzją, ale żeby spojrzał też szerzej na popularne zjawisko wydawania biografii gwiazd. Mam nadzieję, że mi się udało, a czułbym się jeszcze lepiej, gdyby zrodził w was jakąkolwiek myśl (niekoniecznie, że jestem debilem etc.).
___
* Jest to cytat z piosenki „Ej Maria"
P.S. Edytor tekstu ciągle podkreśla mi słowo „celebrytów" i zastanawiam się, dlaczego tak jest. Wydaje mi się, że to już całkiem dobrze przyswojone w języku polskim określenie. Intrygujące!

sobota, 30 czerwca 2018

Agroturystyka w Żmijowisku

„Żmijowisko", Wojciech Chmielarz, wyd. Marginesy, 2018

Obiecałem sobie, że nie powiem ani słowa na temat warstwy psychologicznej całej opowieści, bo ten temat przewija się w każdej opinii, jednak jest to thriller psychologiczny, więc trudno to przemilczeć, tym bardziej, że Chmielarz jest bardzo dobrym obserwatorem. Powołuje do życia postacie ciekawe i bardzo skomplikowane, każdą z nich obdarzając rozbudowanym portretem psychologicznym. Dla mnie szczególnie interesującymi kreacjami są postaci Marry, Damiana i Arka. Autor pozwala nam poznać ich zachowania w różnych okolicznościach. Nie stroni od konfrontowania ich z ekstremalnym sytuacjami. Mamy do czynienia z osobami tak różnymi, że ciężko podzielić ich na tych złych i dobrych. Budowanie relacji z innymi bohaterami, ich myśli oraz zachowania są przedmiotem analiz nie tylko narratora, ale i czytelnika, który w trakcie lektury jest stale pobudzany do refleksji nad wieloma zagadnieniami. To czyni „Żmijowisko" lekturą wyczerpującą ze względu na zaangażowanie w opisywane zdarzenia, przeżywanie ich na równi z bohaterami. Aktywny udział w akcji dodaje książce atrakcyjności i sprawia, że nie zapomnimy o powieści jeszcze na długo po odłożeniu jej na półkę.

Nie bez powodu akcja osadzona jest głównie w niewielkim Żmijowisku. To pozwala autorowi na budowanie specyficznej atmosfery, która powstaje na wskutek połączenia współczesnej, sielankowej wsi i baśniowości skrytej w otaczających miejscowość jeziorach oraz gęstych lasach. Ta niesamowitość jest z początku niezauważalna, odkrywana jest z biegiem historii, która zaczyna robić się coraz bardziej tajemnicza i niepokojąca. Fabuła początkowo mocno osadzona we współczesnych realiach pod koniec tę rzeczywistość rozmazuje, w powietrzu można wyczuć niepokój, w pewnej scenie autor zaprzęga nawet siły nadnaturalne, ale udaje mu się to zrobić w sposób nie wzbudzający litości czy zażenowania. Zakończenie książki, czyli wyjaśnienie całej historii, tylko wzmaga poczucie grozy i niepewności, zostawiając czytelnika z poczuciem uczestnictwa w niesamowitych zdarzeniach.

A sama historia? To narzędzie do stawiania bohaterów w różnych sytuacjach, jest ważna, ale nie stoi na pierwszym miejscu. Jak na thriller zresztą nie rozwija się w zawrotnym tempie, ma tendencję do rozwidlania się na mniejsze – ale niemniej interesujące – wątki poboczne. Trzeba jednak przyznać, że po scenie, w której dochodzi do konfrontacji ojca Damiana z własnym synem oraz Marry, akcja zaczyna pędzić coraz szybciej w kierunku finału, który, jak na thriller psychologiczny przystało, wzbudza dreszcz emocji i szokuje. I kiedy czytelnik czuje się już bezpiecznie, pogodzony z rozwiązaniem, Wojciech Chmielarz znów zaskakuje i wbija swojego odbiorcę w fotel. Zwieńczenie tej historii to prawdziwy majstersztyk, który nie tylko szarga emocjami czytelnika, ale pozostawia go jeszcze z wieloma pytaniami, na które sam musi sobie odpowiedzieć. Gdybym miał opisać tę lekturę jedynym zdaniem, brzmiałoby tak: „Żmijowisko" przykuwa interesującą galerią postaci, analizą ich osobowości i niepowtarzalnym klimatem, tym samym fundując rozrywkę na najwyższym poziomie. Polecam gorąco!

Tekst powstał we współpracy z wydawnictwem Marginesy.

czwartek, 21 czerwca 2018

Czy naprawdę mogę umrzeć, wyciskając pryszcza na nosie?


Gdyby nasze ciało potrafiło mówić, to byłby to długi monolog o tym, co robimy źle, bo – taka mnie błyskotliwa refleksja naszła podczas lektury – człowiek ma patologiczną potrzebę/zdolność do autodestrukcji, chociaż wydaje mu się, że robi dla siebie wszystko co najlepsze. A ponadto ma talent do tworzenia naprawdę dziwnych problemów

Dlaczego drapanie się jest takie przyjemne? Ile trzeba spać? Czemu seks u ludzi wygląda, jak wygląda? I dlaczego nie istnieje viagra dla kobiet? Czy obcisłe spodnie mogą zabić? Czy można sobie zrobić dołeczki w policzkach? Czy naprawdę można umrzeć od wyciskania pryszcza na nosie? James Hamblin, lekarz i dziennikarz, tłumaczy zawiłości anatomii i fizjologii, rozprawia się z popularnymi mitami dotyczącymi zdrowia i demaskuje marketingowe oszustwa firm producentów suplementów i zdrowej żywności. A wszystko to w przystępny, zabawny i wciągający sposób – w końcu odpowiada także na pytanie: Na czym polega uzdrawiająca moc śmiechu?

Książka ta klasyfikowana jest jako podręcznik akademicki lub powieść popularnonaukowa, w rzeczywistości jednak przypięcie jej gatunkowej łatki wcale nie jest takie łatwe. To dlatego, że choć James Hamblin trzyma się biologicznej tematyki, bardzo płynnie porusza się też w innej (ale powiązanej) problematyce. Okazuje się, że nasze anatomiczne sekrety mają duży wpływ na kształt społeczeństwa, przemiany w jego obrębie i nawet na bieg historii, co teraz wydaje mi się oczywiste, ale wcale takie nie było przed lekturą książki. A autor z lekkością i wielką radością przybliża nam te zależności, uzmysławia silne powiązania historii z biologią, co mnie niezmiernie fascynuje. Choć zdarzały się momenty, kiedy kontekst historyczny był przybliżany nazbyt szczegółowo, stawał się nużąco długi. Ale to sporadyczne przypadki. W zdecydowanej większości było to ciekawe urozmaicenie treści, tym bardziej, że Hamblin jest naprawdę interesującym mówcą/pisarzem.

Jedna z wielu ilustracji |źródło|

Bardzo przypadła mi do gustu forma książki, wydanie jest bardzo estetyczne i solidne, Marginesy znów nie zawodzą. Konstrukcja podtytułów nasuwała mi skojarzenia z wyszukiwaniami w Google, autor nieraz wykorzystywał je w sposób humorystyczny, są także narzędziem do budowania luźnego klimatu. Hamblin w ogóle ma ciekawe poczucie humoru i nie szczędzi czytelnikowi nieco zgryźliwych żartów. W swojej pracy rozprawia się z wieloma teoriami guru medycyny alternatywnej, obnażając irracjonalność ich zapewnień. Nie pozostaje też dłużny wobec Vitaminwater, nadużywaniu multiwitamin czy lęku przed glutenem. Notabene w trakcie lektury myślałem sobie, że byłoby dobrze, gdyby ktoś w taki sposób rozprawił się z Jerzym Ziębą, a chwilę później dowiedziałem się o pozwie ze strony Dawida Ciemięgi. Co za wspaniały zbieg okoliczności!

James Habmlin porusza popularne wątpliwości dotyczące naszego ciała, ale dotyka też kwestii, o których raczej nie myślimy, choć są bardzo interesujące. Nie pamiętam już lektury, która by nauczyła mnie tylu nowych rzeczy, dając jednocześnie taką radość z poszerzania wiedzy! Zachęcam każdego, kto jest choć trochę zainteresowany ciałem człowieka i wszystkimi magicznymi procesami, które w nim zachodzą do przeczytania tej pozycji. Jest interesująca, omawia najprzeróżniejsze aspekty naszej anatomii, bawi i uczy. Wyśmienita mieszanka.

Tekst powstał we współpracy z wydawnictwem Marginesy.

P.S Można umrzeć od wyciskania pryszcza, kiedy żyły odprowadzające krew z nosa przeniosą infekcję bakteryjną (tym jest pryszcz) do części czaszki, którymi krew odpływa z mózgu i dojdzie do powstania zatoru w zatoce jamistej. Ale! Naprawdę rzadko dochodzi do takiej sytuacji i można ją łatwo wyleczyć dzięki antybiotykom.

sobota, 17 marca 2018

Małżeństwo i syf na biurku. Tu pomoże tylko informatyka


Algorytmy – brzmi mądrze (wielu to odpycha) i kojarzy się z tą ciemną mocą, która ucina zasięgi w mediach. Budzą też skojarzenie z matematyką, udręką wielu, dlatego to pojęcie nie cieszy się szczególną sympatią wśród zwykłych zjadaczy chleba, brzmi chłodno i obco. Ale w rzeczywistości są to po prostu ciągi pewnych działań prowadzące do rozwiązania (lub wykazania nierozwiązalności) postawionych problemów. I nie, nie muszą być to zagwozdki z kosmosu, bo algorytmy pomogą rozwiązać ci trudności związane z codziennością. Sami z wielu algorytmów korzystamy nieświadomie. Wystarczy spojrzeć na swoje biurko zawalone papierami. Wygląda jak nieokiełznany chaos, ale w rzeczywistości jest to bardzo wydajny sposób sortowania. Dziwne? Nieintuicyjne.

„Algorytmy. Kiedy mniej myśleć” można traktować dwojako: trochę jak kolejny poradnik mówiący nam, jak mamy żyć, żeby z tej marnej egzystencji wyciągnąć wszystko najlepsze i jako fascynującą książkę, której celem jest pokazanie czytelnikowi, ile korzyści może czerpać ze znajomości algorytmów oraz z ich wykorzystania na co dzień. Ta praca różni się od poradnika z listy bestsellerów brakiem motywacyjnego, nacechowanego emocjonalnie stylu, bo nie zależy jej na tym, żeby przekupić odbiorcę miłymi słowami. Po prostu proponuje mu korzystne rozwiązania i jeśli czytelnik zechce z nich skorzystać, najzwyczajniej to zrobi. Autorzy wierzą w jego inteligencję. W tej pozycji nie spotka się też rad bez pokrycia, bo wszystkie biorą się z algorytmów, które czarno na białym wykazują wydajność wskazań. Czytelnik raz po raz zaskakiwany jest tym, jak wiele z naszym życiem mają wspólnego procedury programistyczne.


Algorytmy nie tylko podpowiadają najlepsze decyzje, ale także udowadniają, że nasza intuicja nie zawsze idzie w parze z wydajnością. Autorzy przytaczają liczne sytuacje, kiedy racjonalne – z naszego punktu widzenia – zachowania wcale nie są dobre. Dlatego z lekturą „Algorytmów...” wiążą się ciągłe zainteresowanie i zaskoczenie. Czytelnik zaczyna coraz więcej myśleć, zauważać analogie między pracą komputera a życiem i sprawia mu to niesamowitą przyjemność. Zadowolenie z lektury jest tym większe, że zawiera liczne przykłady zastosowań algorytmów na innych polach niż informatyka (na przykład segregowanie książek w największych bibliotekach świata wiąże się właśnie z wykorzystaniem algorytmów), anegdoty i jest pisana prostym językiem. Tom Griffiths i Brian Christian są informatykami z wieloletnim stażem, dlatego potrafią podejść do odbiorcy nieorientującego się w temacie w taki sposób, żeby mógł wszystko zrozumieć. Bez niepotrzebnych komplikacji.

Przyznaję, że z początku obawiałem się tej książki. Czy na pewno ją zrozumiem? Czy algorytmy mają sensowne zastosowanie poza informatyką? Autorom udało rozwiać się moje wątpliwości i jednocześnie wzbudzić zainteresowanie tą tematyką. Zastosowanie algorytmów w codziennym życiu może zwiększyć wydajność naszych działań. Bynajmniej nie polega to na ciągłym majstrowaniu przy kalkulatorze i skomplikowanych obliczeniach. Jest to o wiele łatwiejsze, niż podpowiada nam intuicja. Chociaż pierwsze strony „Algorytmów...” wcale nie prezentują się interesująco, przebrnijcie przez nie, bo później zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Mnie książka przypadła do gustu, pomimo że matematyka i informatyka nie leżą w kręgu moich zainteresowań. Jestem przekonany, że spodoba się także tobie!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję
P.S Nie segregujcie/porządkujcie mailów. Algorytmy udowadniają, że to marnotrawstwo czasu.

wtorek, 30 stycznia 2018

Co zobaczyła kobieta w oknie?


Ta recenzja miała zupełnie inaczej wyglądać, bo, wiecie, lubię sobie notować rzeczy, o których chciałbym później napisać w recenzji. Nie wziąłem jednak pod uwagę tego, jak bardzo przewrotnym thrillerem będzie „Kobieta w oknie” i po skończonej lekturze większość moich spostrzeżeń się przedawniła. Supersprawa. W ogóle książka A. J. Finna robiła ze mną, co chciała: z początku stworzyła złudzenie o zupełnie innej historii, potem miałem ochotę rzucić nią w kąt (była tak nudna), żeby wreszcie nie móc się od niej oderwać. Nie dość, że „nieodkładalna”, to jeszcze zaskakująca i wzbudzająca wiele emocji.

Czy zawsze można wierzyć własnym oczom? Anna Fox straciła wszystko: szczęśliwą rodzinę, pracę oraz zdrowie. Od miesięcy nie postawiła stopy za progiem domu. Całe dnie spędza w Internecie, przed telewizorem lub szpiegując sąsiadów za pomocą aparatu fotograficznego. Pozbawiona własnego życia coraz bardziej zaczyna przeżywać cudze… Najwięcej uwagi poświęca Russellom, rodzinie nowej w tej okolicy i tak podobnej do tej, którą jeszcze niedawno sama miała. Jednak pewnej nocy widzi coś, czego nie powinna oglądać. Jej świat się rozpada, a na jaw wychodzą szokujące sekrety. Co jest prawdą, a co zmyśleniem? Kto jest w niebezpieczeństwie, a kto panuje nad sytuacją?

Z początku wydawało mi się, że Anna będzie typem wścibskiej sąsiadki, która z nudów czatuje za firanką, by monitorować, co dzieje się w sąsiedztwie. Na kolanach trzyma miskę z jakimiś chipsami, co chwila wyciera ręce o dżinsy, tak tłuste jest to śmieciowe żarcie. Typ nieznośny. Fox jest jednak bohaterką o wiele bardziej złożoną, a przyczyna jej obserwacji zupełnie inna niż nieciekawa egzystencja. Zgoła odmiennie wyobrażałem sobie też główny trzon opowieści, ale ten początkowy zwód bynajmniej nie jest rozczarowujący, choć trzeba przyznać, że kieruje fabułę w stronę dobrze znanych schematów. I do połowy powieści byłem przekonany, iż to kolejna sztampowa historia. Na domiar złego nudna, bo przez blisko dwieście stron nie dzieje się nic ciekawego. Pomyślałem: no cóż, ktoś tu się zbyt zagalopował z wprowadzaniem w świat przedstawiony i zamiast zawiązać akcję, buduje portrety bohaterów, klimat sąsiedztwa gdzieś w Nowym Jorku, z detaliczną dokładnością opisów przedstawia świat głównej bohaterki. I niby zaczyna się trzęsieniem ziemi, jak lubił zaczynać swoje filmy często przywoływany w lekturze Hitchcock (Anna to prawdziwa kinomanka), ale po nim napięcie wcale nie wzrasta.

Autor niedowierzający i podjarany jednocześnie | twitter

To powinno wzbudzić moje podejrzenia, bo w rzeczywistości to, co wziąłem za prezentację miejsca akcji, jest rozpoczęciem historii, które w dalszej lekturze sprawiło, że oszalałem na jej punkcie. To ciekawy chwyt: czytelnik nie rejestruje wszystkich wydarzeń z jakimś szczególnym zaangażowaniem, co później przekłada się na to, że wiele z tych z pozoru nieistotnych informacji nieźle zaskakuje, gdy główna bohaterka, w celu ogarnięcia aktualnych wydarzeń, zaczyna się cofać myślami w czasie. Czytelnik był ślepy na detale, których skonstatowanie mrozi krew w żyłach. Skonstatowanie w odpowiednim czasie, rzecz jasna (borze, jakie trudne do wymówienia słowo). W tym tkwi siła „Kobiety w oknie”. Ale nie martwcie się, to nie jest tak, że przyszedł poppapraniec, zdradził największy sekret sukcesu tej książki i oddala się wesół. No, może półwesół. Nawet jeżeli wytężycie swoją uwagę od samego początku, jestem przekonany, że A. J. Finn będzie umiał Was zaskoczyć. Robi to naprawdę dobrze.

Rzadka sytuacja kiedy w zupełności zgadzam się z blurbami (mówię o dymkach)

Odkąd Anna Fox usłyszała krzyk z drugiej strony skweru, akcja nabiera prawdziwego rozpędu, a autor w całej okazałości prezentuje swoją umiejętność budowania napięcia. W pewnym momencie nie wiedziałem już, kto mówi prawdę, byłem sprzymierzeńcem raz jednej, raz drugiej strony konfliktu. Udzieliło mi się zagubienie głównej bohaterki, nie wiedziałem, co myśleć o opisanych wydarzeniach. Autor z łatwością manipuluje faktami, manipulując także czytelnikiem, by w finale thrillera zapewnić mu emocje, których nigdy nie zapomni. Właściwie do końca nie wiadomo, kto i jaką rolę w rzeczywistości pełni w całej tej złożonej intrydze. Wykorzystuje w tym celu fantastyczny talent do tworzenia dynamicznych opisów. Czytający wciąga się w wir wydarzeń, tętno przyspiesza, pojawiają się wypieki na twarzy, a emocje sięgają zenitu. Naprawdę.

Główna bohaterka – z wykształcenia psycholog dziecięcy – to postać niejednoznaczna, wzbudzająca różne emocje. Z jednej strony współczujemy jej z powodu agorafobii (lęku przed otwartymi przestrzeniami), która więzi ją w domu już przez dziesięć miesięcy. Podziwiamy jej zdolności dedukcyjne, aurę profesjonalizmu, jaką roztacza wokół siebie, choć w rzeczywistości w śledzeniu życia sąsiadów korzysta z niewyszukanych środków. Ale widzimy też Annę Fox, która nieregularne dawki leków miesza z regularnymi i zdecydowanie zbyt wielkimi ilościami alkoholu. Jej irracjonalne zachowanie odrzuca, w pewnym momencie pozbawia wiarygodności. To bohaterka pełna sprzeczności, dlatego tak bardzo realistyczna i intrygująca. Jej portret psychologiczny jest naprawdę bardzo złożony, na co składają się jej wyjątkowe oraz dramatyczne przeżycia. Podziwiam autora za zbudowanie tak misternego portretu. Skomplikowane są również inne osoby biorące udział w akcji. Właściwie trudno o papierowość bohaterów w zderzeniu z wielowarstwową i niebanalną historią, w jaką zostali wplątani.

Podsumowując, debiut A. J. Finna to naprawdę dobry thriller. Pierwsza połowa historii nie jest szczególnie interesująca, ale później czytelnik zostaje wciągnięty w wir wydarzeń, które nie pozwolą odłożyć książki na bok. Autor umiejętnie buduje napięcie i z bardzo dobrym wyczuciem umieszcza zwroty akcji, przyprawiające o szybsze bicie serca. Postacie zostały obdarzone wiarygodnym portretem psychologicznym, szczególnie ciekawą kreacją literacką są Anna Fox i antagonista/ka, kiedy ujawnia się pod koniec książki. Ta lektura z pewnością dostarczy Wam niezapomnianych przeżyć, dajcie jej szansę. Jak trafnie określił to Stephen King – po prostu nieodkładalna.

Tekst powstał we współpracy z Grupą Wydawniczą Foksal.

Premiera: 2 lutego

sobota, 20 stycznia 2018

„Jak zawsze" | Miłoszewski po raz pierwszy

„Jak zawsze” to rodzajowa odskocznia Miłoszewskiego od dotychczasowej twórczości. Autor zdobył sławę w kraju i poza jego granicami dzięki powieściom z prokuratorem Szackim w roli głównej. Kryminał to gatunek, który bardzo lubię, dlatego staram się być na bieżąco z nowościami, jednak z Szackim dotychczas nie było mi po drodze. Tak więc poznaję Zygmunta Miłoszewskiego z innej strony niż jego wierni fani, ale „Jak zawsze” bardzo przypadło mi do gustu i nie mogę się już doczekać lektury jego powieści kryminalnych, bo pewnie jest co czytać.

Para głównych bohaterów zbudowana jest na zasadzie kontrastu. Grażyna – postać najbardziej wyrazista i chyba najbliższa czytelnikowi – ma wewnętrzna potrzebę szukania przygody, przeżywania sytuacji, o których opowiadamy wnukom na starość, tryska energią i optymizmem, przy tym zachowując wyjątkową bystrość i przenikliwość. Ludwik to raczej typ domatora, z pasją oddaje się swojej pracy psychologa, a szeroka znajomość tematu zapewniła mu uznanie w środowisku, ale też wyrobiła nawyk do wykładów, wtrącanych przy każdej okazji w czasie rozmowy. Grażyna i Ludwik tworzą ciekawą parę bohaterów, oboje zyskują na realności i barwności dzięki występującym między nimi różnicom. Gdyby Ludwik przez całą akcję tkwił u boku Iwony, nie byłby w stanie przykuć uwagi czytelnika. To dzięki Grażynie staje się interesujący. Miłoszewski nakreślił ją tak, że nie sposób wyobrazić sobie „Jak zawsze” bez niej – to ona najczęściej rzuca celnymi ripostami, rozbawia swoimi uwagami, z różnych względów staje się odbiorcy bliska. Jest bohaterką mówiącą i przeżywająca to, na co my czasami nie mamy odwagi , a czego chcemy; może dzięki temu łączy nas z nią tak silna sympatia. Proszę jednak nie myśleć, że Ludwik to bohater zbędny. Skądże! Choć sam wydaje się raczej zwykły, przy Grażynie „nabiera kolorów”, wspaniale też uwydatnia te cechy swojej partnerki, które porywają odbiorcę. Dzięki niemu staje się jeszcze ciekawsza.

środa, 29 listopada 2017

Historia rodu warszawskich hotelarzy, nad którym zawisła klątwa


Rodzinne tajemnice, skrywane pasje, niepohamowane żądze, pikantne skandale, a w tle Warszawa. 400 lat historii rodzinnych warszawskich hotelarzy w pierwszym tomie sagi. Warszawa, XXI wiek. Dana Spakowski przyjeżdża do Warszawy, by z pomocą młodego prawnika odzyskać dawną rodzinną nieruchomość przy ulicy Długiej, w której niegdyś przez wieki mieścił się hotel. XIX wiek. Eleonora Żmijewska, córka właściciela mieszczącego się przy ulicy Długiej Hotelu Varsovie, do niedawna wiodła życie panienki z dobrego domu. W obliczu grożącego hotelowi bankructwa, histerii matki i lekkomyślności brata utracjusza młoda kobieta jest jedyną nadzieją rodziny na ocalenie wielowiekowego dziedzictwa. Warszawa, XVII wiek. Lutnista Kapeli Królewskiej Laurenty Żmij marzy o otworzeniu własnego zajazdu przy nowym warszawskim trakcie zwanym Długim. Jednak nękające miasto klęski i sprzeciw jego energicznej, stanowczej połowicy sprawiają, że mężczyzna musi odłożyć swoje plany w bliżej nieokreśloną przyszłość. Czy Żmij będzie w stanie pokonać rzuconą na cały jego ród klątwę?

Jak można domyślić po samym opisie książki, akcja rozgrywa się na kilku płaszczyznach czasowych. Ujarzmienie takich czasowych przeskoków na tyle, by ciągle utrzymywać zainteresowanie czytelnika, przy tym nie popełniając błędów logicznych, to zadanie niełatwe. Sylwia Zientek poradziła sobie z nim doskonale. Nie dość, że potrafi nakreślić wiarygodny obraz różnych epok (o czym więcej trochę niżej), to jeszcze prowadzi akcję na tyle umiejętnie, że wplata w tekst wiele tajemnic, które są skutkiem decyzji podejmowanych przez przodków bohaterów i nie zdradza się z nimi, dopóki nie wymaga tego historia. To naprawdę trudny do opanowania zabieg, ale dodający powieści atrakcyjności. Przed lekturą tej książki nawet nie sądziłem, że sekrety siedemnastowiecznego lutnisty potrafią wpłynąć na losy ludzi współczesnych. Ba! W dodatku są one doskonałym narzędziem budowania napięcia. Im głębiej w tę opowieść, tym więcej takich smaczków. A to się wiążę z tym, że coraz trudniej odłożyć „Klątwę lutnisty” na bok.

Urocze i klimatyczne wprowadzenie do kolejnego rozdziału

Autorka powieści jest absolwentką Wydziału Prawa na UW i Centrum Studiów Latynoamerykańskich, więc śmiało można powiedzieć, że stworzenia powieści osadzonej w dużej mierze w siedemnasto- i dziewiętnastowiecznej Polsce nie powinno się spodziewać po osobie o takim wykształceniu. A poppapraniec wspomina o tym nie dlatego, że chce być wredny, po prostu wielkie wrażenie zrobiło na nim, jak wspaniale zostały nakreślone realia tych epok. I to przez osobę, która tworzyła, bazując w większości tylko na licznych tekstach źródłowych. Zientek buduje klimat tamtych czasów raczej w tle – najważniejsza jest opowieść o ludziach i ich problemach, dopiero gdzieś później pojawiają się barwne i sugestywne opisy. Ale to nie tylko one. Realia czasów, w których aktualnie toczy się narracja, to także mentalność bohaterów, ich codzienność, zachowania i motywacje. I dla poppaprańca jest w tej powieści najlepsze właśnie to, że w zależności od tego, czyim losom przygląda się w danym momencie czytelnik, świat przesiąknięty jest charakterystyczną atmosferą, odrębną dla każdej z płaszczyzn. Można wybrać się w niewymagającą podróż w czasie, która porwie czytelnika i pozwoli przez moment poczuć się jak na przykład doradca królowej, czy lutnista kapeli królewskiej. Wspaniałe doświadczenie!


Poppapraniec jako osoba, która nigdy w Warszawie nie była, nie podchodzi do tej powieści w sposób szczególnie sentymentalny czy bardziej emocjonalny (wiadomo, że taki wpływ na odbiorcę ma czytanie intrygujących historii toczących się w bliskim mu miejscu, które odkrywa przed nim swoje starsze, ale nowe, twarze), gdyby jednak pochodził ze stolicy, byłby wdzięczny Sylwii Zientek za książkę, w której Warszawa jest jedną z bohaterek. Ach, gdyby ktoś tak pisał o miejscach bliskich poppaprańcowi. Skoro mowa już o postaciach, trzeba przyznać, że nie wszystkie zostały obdarzone ciekawym portretem psychologicznym. Tym żyjącym w czasach historycznych poppapraniec nie ma nic do zarzucenia, natomiast współcześni bohaterowie zostali potraktowani trochę powierzchownie, czytelnik nie śledzi ich losów z takim zafascynowaniem, nie wytwarza się między nim a współczesnymi silna więź. Jest to jednak jedyna wada, jaką udało się dostrzec poppaprańcowi. Z całego serca może polecić tę powieść wszystkim wielbicielom powieści historycznych, Warszawy, wciągających historii i wielopokoleniowych sag rodzinnych. Sylwia Zientek napisała naprawdę dobrą powieść.

Tekst powstał przy współpracy z Grupą Wydawniczą Foksal.

niedziela, 26 listopada 2017

Relacja ze Świątecznych Targów Książki w Rzeszowie


Pierwsza edycja Świątecznych Targów Książki w Rzeszowie już za nami! W dniach 24-25 listopada do Millenium Hall zjechali się książkoholicy z całego Podkarpacia na targi, które obfitowały w spotkania z autorami, wiele przecenionych książek i stoiska targowe największych wydawnictw na polskim rynku książkowym. Podczas dwudniowych targów czytelnicy mieli okazję spotkać się z takimi autorami jak: Katarzyna Bonda, Małgorzata Gutowska-Adamczyk, Katarzyna Puzyńska, Anna Dziewit-Miller i kilkoma innymi. Była to doskonała okazja do zamienienia paru słów z ulubionymi pisarzami, zebrania podpisów na egzemplarzach lubianych powieści i przeprowadzenia pasjonujących dyskusji z ludźmi o tych samych zainteresowaniach.


Poszukiwania stoisk wydawniczych nie były niczym trudnym, nawet najbardziej roztargnieni poradziliby sobie z ich lokalizacją, bowiem mnóstwo przecenionych książek czekało na książkoholików na parterze. Równie łatwe było odnalezienie saloniku literackiego, wystarczyło bowiem przemieścić się na pierwsze piętro centrum. Zresztą po wejściu można było zaopatrzyć się w plakat informacyjny, który zawierał wszystkie istotne wiadomości. Naprawdę, nie było możliwości pogubienia się.


Poppapraniec przybył na targi głównie z nadzieją na spotkanie z Katarzyną Puzyńską, które miało odbyć się o godzinie 17:00. Udało mu się dotrzeć do Rzeszowa kilka godzin wcześniej, więc oczywiście pierwszym za co się zabrał, był powolny spacerek między stoiskami po brzegi wypełnionymi propozycjami książkowymi. W promocyjnych cenach można było zakupić zarówno tytuły, które swoją premierę miały niedawno, jak i powieści nieco starsze. Poppapraniec miał możliwość obejrzenia tylu książek, że nie wiedział, co ze sobą zrobić. Najchętniej wziąłby ze sobą wszystkie, ale niestety nie było takiej możliwości. Tym bardziej, że w swoim plecaku miał już kilka pozycji, o których opowie trochę później.


Jeżeli chodzi o frekwencję, poppapraniec był bardzo pozytywnie zaskoczony. Spodziewał się oczywiście wielu osób, nie sądził jednak, że przybędzie ich aż tyle! Między stoiskami panował mały tłok, ale to tylko sprzyjało wytworzeniu się całkiem sympatycznej atmosfery. Reprezentanci niektórych wydawnictw przyjaźnie zagadywali, pomagali przy wyborze odpowiednich książek. Wysoką frekwencję można było najlepiej zauważyć, obserwując kolejki czytelników ustawionych do autorów. Największą sławą cieszyła się chyba Katarzyna Bonda, która rozdawała autografy przez prawie godzinę.


Poppapraniec miał dużo szczęścia. Co prawda na spotkanie z Bondą nie zdążył, wciągnął się też w spacerowanie między stoiskami tak bardzo, że nie zauważył, iż kolejka do autorki już się skończyła (obiecał sobie wrócić, gdy ta będzie miała się ku końcowi). Królowa polskiego kryminału szykowała się już do wyjścia, poppaprańca ogarnęły takie nerwy, że po prostu bał się podejść i poprosić o zdjęcie. Całe szczęście podsłuchał rozmowę (cóż za brak kultury!) pewnej dziewczyny z chłopakiem, która również nie załapała się do kolejki, a obawiała się podejść do Katarzyny Bondy. „Jak pani pójdzie, to ja też pójdę" – taką propozycję rzucił ni z tego, ni z owego poppapraniec dziewczynie. I wiecie co? Podeszliśmy, zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie i wszyscy byli szczęśliwi :)


Po tym jakże emocjonującym wydarzeniu poppapraniec zdecydował, że musi odpocząć. Wjechał więc po schodach na pierwsze piętro centrum, zajął miejsce i czekał na spotkanie z Krzysztofem Vargą. Pisarz okazał się bardzo sympatyczną osobą, niestroniącą od żartów. W czasie rozmowy zostało poruszonych wiele tematów związanych zarówno z życiem, jak i twórczością dziennikarza. Krzysztof Varga opowiedział czytelnikom o swoich wszystkich książkach, zdradził też co nieco na temat swojej kolejnej powieści, która przechodzi teraz redakcję i powinna ukazać się w przyszłym roku. Po godzinnym spotkaniu Varga udał się na stoisko wydawnictwa Wielka Litera, gdzie rozdawał autografy. Kolejnym punktem programu było spotkanie z Katarzyną Puzyńską.


Katarzyna Puzyńska dosłownie wbiegła na scenę (do fanów przyjechała prosto z Warszawy, a w Rzeszowie była po raz pierwszy – łatwo się pogubić), wprowadzając już na początku luźną i sympatyczną atmosferę. Na spotkanie przybiła liczna publiczność, która z zainteresowaniem słuchała rozmowy prowadzonej przez Beatę Terczyńską i odpowiadała na pytania autorki, bo ta zachęcała  swoich czytelników do dialogu, kierując do nich różne pytania. Fani mogli dowiedzieć się, w jaki sposób tworzy Puzyńska, skąd biorą się jej pomysły, jak wyglądały początki twórczości, mogli także zadać własne pytania. Pisarka raz po raz wywoływała uśmiech na twarzach czytelników, a to dzięki anegdotkom i zabawnym odpowiedziom. Obecni zastanawiali się także, czy za sceną nie dochodzi do morderstwa. Dlaczego? Niech to pozostanie słodką tajemnicą :)


Po spotkaniu w saloniku literackim Katarzyna Puzyńska wraz z fanami przeniosła się na stoisko wydawnictwa Prószyński i S-ka. Kolejka po autografy i zdjęcia była bardzo długa. Poppapraniec przyniósł ze sobą wszystkie osiem części sagi o policjantach z Lipowa (tak, psychofan). Całe szczęście stał prawie na samym końcu kolejki, więc nie miał go zbytnio kto zabić wzrokiem, zresztą pozostałe czytelniczki doskonale rozumiały poppaprańca i powolne wyciąganie wszystkich tomów z plecaka skwitowały wyłącznie przyjaznym uśmiechem.


Poppapraniec żałuje, że nie udało mu się dotrzeć na pierwszy dzień targów. Mimo to sobota owocowała w wiele ciekawych i wzbudzających wielkie emocje wydarzeń. Świąteczne Targi Książki w Rzeszowie to wspaniała inicjatywa, która pozwoliła czytelnikom z całego Podkarpacia na chwilę oderwania od rzeczywistości. Spotkania autorskie, podpisywanie powieści przez ulubionych pisarzy, wiele przecenionych tytułów i tłum osób, które mają takiego samego bzika na punkcie czytania – to wszystko sprawiło, że targom towarzyszyła miła atmosfera, a samo wydarzenie stało się niezapomnianym przeżyciem. Miejmy nadzieję, że stanie się to impreza cykliczna!
Byliście na targach? Jak Wam się podobało? :)

czwartek, 23 listopada 2017

Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę


Kto sieje wiatr, ten zbiera burzę, czyli ten, kto wprowadza zamieszanie i niepokój, prędzej czy później poniesie zwielokrotnione skutki swojego działania. Poppapraniec myśli, że można by tym krótkim przysłowiem streścić los niemal każdego przestępcy, który, wprowadziwszy mniejsze lub większe zamieszanie, obrywa potem od życia, trochę mniej dotkliwie od wymiaru sprawiedliwości. Neuhaus zaś tą frazą ciekawie nawiązuje do głównego wątku historii – planu budowy farmy wiatrowej – wokół którego krążą inne tematy. Jest ich zdecydowanie więcej niż w poprzednich tomach z cyklu, ale to nie zmienia istotności tajemniczej sprawy morderstw, która niezmiennie frapuje odbiorcę najbardziej.

Ginie stróż nocny, a pewna działka, nagle warta kilka milionów euro, będzie kosztować kogoś życie. Pia Kirchoff i Oliver von Bodenstein prowadzą śledztwo pośród protestujących przeciwko farmie wiatrowej w górach Taunus. Spotykają się z korupcję i fałszywymi ekspertyzami. Każdy z podejrzanych ma dobry motyw – od zemsty, przez chciwość, aż po czystą nienawiść. Im dłużej trwa śledztwo, tym szerszy jest krąg podejrzanych i nic nie jest takie, jakie się na początku wydawało. W dodatku Bodenstein ma na głowie ważniejsze sprawy niż prowadzenie dochodzenia.


Poppapraniec jest wiernym fanem kryminałów coraz popularniejszej ostatnio Niemki głównie ze względu na to, jak podchodzi ona do kreślenia bohaterów swoich historii. Są to postaci, w których prawdziwość czytelnik nie wątpi nawet przez chwilę, borykające się z bliskimi mu problemami, równie często doświadczane przez życie. Neuhaus, przypisując swoim bohaterom wygląd i charakter, kieruje się stereotypami. Całe szczęście nie są oni na wskroś stereotypowi, autorka bowiem wzbogaca ich osoby o indywidualne cechy, dzięki którym tak łatwo zapamiętujemy, kto jest kim, jaką pełni rolę i jaka jest jego historia. Poppaprańcowi bardzo podoba się, że Neuhaus potrafi obdarzyć intrygującymi losami szarego człowieka, z którym mijamy się na ulicy, nakreślić jego obraz w taki sposób, że czytelnik z miejsca nawiązuje z nim nić porozumienia i potrafi postawić się w jego sytuacji, dzięki czemu łączy go z nim silna więź emocjonalna. Każdy ma swoje sekrety, którymi dzieli się wyłącznie z odbiorcą, każda decyzja wynika z klarownie przedstawionego sposobu patrzenia na świat, charakteru i doświadczeń życiowych. Warto podkreślić, że ci skomplikowani (przez co jeszcze bardziej realni) bohaterowie zajmują w powieści różne role, a dopracowany portret psychologiczny to cecha nie tylko pierwszoplanowych Bodensteina i Kirchhoff, bowiem swoje indywidualne rysy mają również postaci drugoplanowe, a jest ich cała galeria.


Jak poppapraniec zauważył we wstępie, Kto sieje wiatr jest kryminałem bardziej zaangażowanym politycznie i społecznie niż poprzednie z serii. Sięgnięcie przez pisarkę po tematykę globalnego ocieplenia jest zaskakujące i stanowi odskocznię od tematów poruszanych we wcześniej twórczości. Poppapraniec wyobraża sobie, jak dokładny research musiała przeprowadzić autorka, zanim zasiadła do pisania tej powieści, ale pragnie też zaznaczyć, że wysiłek poświęcony na zdobywanie wiedzy o zagadnieniach związanych z globalnym ociepleniem wpłynął na lekkość, z jaką Nele Neuhaus porusza się obranej tematyce. Wątek farmy wiatrowej został poprowadzony z dbałością o realizm, co potrafi wyczuć nawet czytelnik posiadający znikomą wiedzę w tej kwestii. Gdyby zabrakło wiarygodności, cała historia z pewnością nie byłaby tak wciągająca, nie wzbudzałaby tylu emocji i przede wszystkim nie potrafiłaby zaintrygować odbiorcy, który podskórnie wyczułby, że coś w tej opowieści jest nie tak. Osadzenie historii kryminalnej wokół tak rozbudowanego tematu globalnego ocieplenia znacznie wpływa na atrakcyjność książki, nawet jeżeli odbiorca nie jest tą tematyką jakoś szczególnie zainteresowany.


Warsztat Nele Neuhaus z każdą kolejną powieścią jest coraz bardziej rozwinięty, co przejawia się choćby w tym, że autorka nie ma problemu z połączeniem w jedną fascynującą opowieść wielu wątków, doskonale wie, jakie chwyty zastosować, żeby w wybranym tempie stopniowo budować napięcie, a styl historii jest bardzo lekki w odbiorze, między innymi dzięki komunikatywnemu językowi i barwności opisów. Kto sieje wiatr to rozbudowany, zaangażowany społecznie kryminał, który wraz z odkrywaniem kolejnych sekretów wciąga coraz bardziej, do momentu kulminacyjnego, kiedy emocje sięgają zenitu. Poppapraniec może zapewnić, że rozwiązanie wątku kryminalnego wcale nie jest łatwe do odgadnięcia, zaś lawirowanie między różnymi sprawami, mylnymi tropami i sprzecznymi zeznaniami wespół z bliską czytelnikowi parą funkcjonariuszy zapewni wiele emocji, dzięki czemu kolejny tom serii na długo zapadnie w pamięci. Wspaniała lektura! Poppaprańca niezmiernie intryguje, co dla swoich fanów przygotowała Neuhaus w Złym wilku.

Tekst powstał we współpracy z Wydawnictwem Media Rodzina.

niedziela, 12 listopada 2017

Przeczytaj przedpremierowo rozdział najnowszej książki Johna Greena!


John Green, autor powieści „Gwiazd naszych wina”, tym razem opowiada historię nastoletniej Azy Holmes, która zmaga się z chorobą psychiczną. Pisarz po raz kolejny w swoim niepodrabialnym, bezkompromisowym, dowcipnym stylu opowiada o sprawach najważniejszych nie tylko młodych ludzi. „Żółwie aż do końca” to długo wyczekiwana przez fanów pisarza, błyskotliwa, a zarazem bardzo osobista powieść z przesłaniem, podkreślająca wagę miłości, wiernej przyjaźni i niepoddawania się przeciwnościom losu. Wraz z Wydawnictwem Bukowy Las prezentuję pierwszy rozdział najnowszej książki Johna Greena, której premiera odbędzie 22 listopada br.

Dla Henry’ego i Alice
Człowiek może robić, co chce
ale nie może decydować, czego chce.
Arthur Schopenhauer

JEDEN

    Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że mogę być fikcją, podczas monotonnych dni spędzanych w publicznej instytucji znanej jako liceum White River na północy Indianapolis, gdzie siły o tyle większe ode mnie, że nie jestem w stanie nawet spróbować ich zidentyfikować, kazały nam jeść lunch w określonym okienku czasowym – między 12:37 a 13:14. Gdyby te same siły wyznaczyły mi inny czas na lunch albo gdyby towarzysze lunchu, którzy stali się współtwórcami mojego losu, tamtego wrześniowego dnia wybrali inny temat rozmowy, czekałby mnie całkiem inny koniec, a przynajmniej inny środek. Zaczynałam jednak rozumieć, że życie to nie tyle twoja opowieść, co opowieść o tobie.
    Oczywiście udajesz, że jesteś jej autorem. Musisz. Myślisz: „Teraz pójdę na lunch”, gdy o 12:37 z góry dobiega ten monotonny dzwonek. Ale to on decyduje. Łudzisz się, że jesteś malarzem, a w rzeczywistości jesteś płótnem.
    W stołówce przekrzykiwały się setki głosów, zmieniając rozmowy w jednostajny szum przypominający łoskot rwącej rzeki przewalającej się przez kamienie. W obrzydliwie sztucznym świetle jarzeniówek myślałam o tym, że choć każde z nas uważa się za bohatera osobistej epopei, w istocie jesteśmy niemal identycznymi organizmami zasiedlającymi wielką, pozbawioną okien salę cuchnącą lizolem i smalcem.
    Jadłam kanapkę z masłem orzechowym i miodem. Piłam dra peppera. Szczerze mówiąc, cały proces przeżuwania zwierząt i roślin, a potem przepychania ich przez przełyk wydaje mi się nieco obrzydliwy, więc starałam się nie myśleć o tym, że jem, co oczywiście także jest formą myślenia o tym.
    Nasz stolik przypominał sztukę nieschodzącą z afisza na Broadwayu: aktorzy z biegiem czasu się zmieniali, ale role nigdy. Naprzeciwko mnie Mychal Turner bazgrał coś w notesie z żółtymi kartkami. Mychal był typem artysty, a Daisy Ramirez, usiłująca prowadzić z nim rozmowę, od czasu podstawówki wcielała się w rolę mojej Najlepszej i Najbardziej Nieustraszonej Przyjaciółki. Niestety z powodu hałasu nie słyszałam ani słowa z ich konwersacji.
    Kim byłam w tym przedstawieniu ja? Postacią drugoplanową. Koleżanką Daisy, córką pani Holmes. Czyimś kimś.

Autor

   Czułam, jak mój żołądek zaczyna trawić pożywienie, i mimo panującego wokół hałasu s ł y s z a ł am, jak pracuje. Bakterie przeżuwały maź masła orzechowego niczym uczniowie w mojej wewnętrznej stołówce. Wstrząsnął mną dreszcz.
    – Czy ty czasem nie byłaś z nim na obozie? – odezwała się Daisy.
    – Z kim? – zdziwiłam się.
    – Z Davisem Pickettem.
    – Owszem – odparłam. – A co?
    – Nie słyszałaś? – zapytała.
    Ależ słyszałam. Kakofonię moich narządów. Oczywiście od dawna wiedziałam, że jestem gospodynią legionu pasożytniczych organizmów, ale nie lubiłam, gdy mi o tym przypominano. W przeliczeniu na liczbę komórek ludzie składają się w pięćdziesięciu procentach z mikrobów, co oznacza, że mniej więcej połowa tworzących cię komórek w ogóle nie jest twoja. Liczba mikrobów w moim biomie jakieś tysiąc razy przewyższa liczbę ludzi na całej Ziemi, a ja czasem mam
wrażenie, że czuję, jak we mnie żyją, mnożą się i umierają. Wytarłam o dżinsy spocone dłonie i starałam się skupić na oddechu. Przyznaję, że mam pewien problem lękowy, ale z drugiej strony, cóż jest nieracjonalnego w przejmowaniu się faktem, że jest się wielką kolonią bakterii obleczoną w skórę?
    – Jego ojciec miał iść do więzienia za łapówki – wyjaśnił Mychal – ale kiedy po niego przyszli nad ranem, okazało się, że zniknął. Wyznaczyli nagrodę stu tysięcy dolarów za jego odnalezienie.
    – A ty znasz jego syna! – podniecała się Daisy.
    – Znałam – poprawiłam ją.
    Daisy atakowała widelcem prostokątną stołówkową pizzę z zieloną fasolką, co rusz zerkając na mnie wzrokiem mówiącym: „No dalej!”. Czułam, że powinnam ją o coś zapytać, ale nie wiedziałam, o co, bo mój żołądek nie chciał się zamknąć, a głową zawładnął strach, że mogłam się zarazić pasożytem.
    Mychal nawijał o jakimś nowym projekcie, w którym wykorzystuje Photoshop do wyciągnięcia średniej z setki zdjęć twarzy ludzi o imieniu Mychal, by w ten sposób stworzyć nowego, sto pierwszego Mychala. Pomysł wydał mi się ciekawy i chciałam o nim posłuchać, ale w stołówce było za głośno, a poza tym nie mogłam przestać myśleć o tym, że coś niedobrego dzieje się z mikrobiotyczną równowagą sił w moim organizmie.
    Nadmierne burczenie w brzuchu jest rzadko spotykanym, lecz notowanym objawem zarażenia bakterią Clostridium difficile, które może doprowadzić do śmierci. Wyjęłam komórkę i wpisałam w wyszukiwarkę „Flora fizjologiczna człowieka”, by jeszcze raz przeczytać w Wikipedii charakterystykę bilionów zamieszkujących mnie mikroorganizmów. Przeszłam do artykułu o Clostridium difficile i przewinęłam do fragmentu o tym, że większość zarażeń następuje w szpitalach. Znalazłam listę objawów, z których nie miałam żadnego oprócz nadmiernego burczenia w brzuchu, choć wiedziałam z poprzednich wyszukiwań, że w klinice w Cleveland zmarła przynajmniej jedna pacjentka uskarżająca się wyłącznie na burczenie i gorączkę. Powtarzałam sobie, że przecież nie mam gorączki, a moje ja dodawało: „…jeszcze”.
    W stołówce, gdzie wciąż przebywał kurczący się skrawek mojej świadomości, Daisy perorowała, że projekt nie powinien dotyczyć ludzi o imieniu Mychal, lecz więźniów, którzy po fakcie zostali oczyszczeni z zarzutów.
    – Zresztą byłoby prościej – mówiła – bo wszystkim robi się w więzieniu zdjęcia pod tym samym kątem, a poza tym nie chodzi o coś tak prostego jak imię, tylko o rasę, klasę i masowe aresztowania.
    – Jesteś genialna – odparł Mychal, a ona mu na to:
    – Nie wiedziałeś?
    Ja tymczasem zastanawiałam się, czy skoro połowa komórek we mnie nie jest moja, całe pojęcie jednostki, zwłaszcza w znaczeniu kogoś, kto steruje swoim życiem, nie jest przereklamowane. Tak głęboko wpadałam w ten wir rozmyślań, aż kompletnie odpłynęłam ze stołówki liceum White River w jakieś nieuchwytne miejsce, które odwiedzają jedynie osoby naprawdę stuknięte.
    Od dzieciństwa mam zwyczaj wbijania paznokcia prawego kciuka w opuszek środkowego palca, co zaowocowało osobliwym zgrubieniem. Po wielu latach takich praktyk skóra w tym miejscu łatwo pęka, więc przyklejam plaster, żeby zapobiec infekcjom. Czasem jednak dopada mnie lęk, że infekcja już się rozwija, więc muszę ją usunąć – a jedyny sposób to otwarcie rany i przyciskanie jej, by upuścić trochę krwi. Kiedy już zaczynam myśleć o upuszczeniu krwi, po prostu nie mogę tego nie zrobić. Wybaczcie podwójne przeczenie, ale ta sytuacja sama w sobie jest takim
przeczeniem – zaułkiem, z którego można się wydostać jedynie poprzez zanegowanie negacji. Tak czy owak poczułam, jak mój paznokieć wbija się w skórę palca, i wiedziałam, że wszelki opór jest zasadniczo bezcelowy, więc pod stołem zsunęłam
plaster i naciskałam zgrubiałą skórę, póki nie pękła.
    – Holmesy – odezwała się Daisy. Podniosłam na nią wzrok. – Lunch się kończy, a ty ani słowem nie wspomniałaś o moich włosach. – Potrząsnęła głową i zobaczyłam jaskraworóżowe pasemka.
O. Pofarbowała.
    – Odważne – powiedziałam, wynurzając się z głębin.
    – Prawda? Jakby mówiły: „Panie i panowie, a także osoby nieidentyfikujące się jako panie czy panowie, Daisy Ramirez nie łamie obietnic, ale za to potrafi złamać wam serca”.
    „Łam serca, nie obietnice” było życiowym mottem Daisy. Odgrażała się, że wytatuuje to sobie wokół kostki, gdy skończy osiemnaście lat.
    Tymczasem przeniosła uwagę na Mychala, a ja wróciłam do swoich myśli. Burczenie w brzuchu się wzmogło i miałam wrażenie, że zwymiotuję. Jak na kogoś, kto obsesyjnie nienawidzi płynów ustrojowych, rzygam całkiem sporo.
    – Wszystko OK, Holmesy? – zapytała Daisy. Pokiwałam głową. Czasem się zastanawiałam, dlaczego mnie lubi, a przynajmniej toleruje. Dlaczego ktokolwiek mnie znosi, skoro wkurzam nawet samą siebie?
    Czułam, jak pot występuje mi na czoło – a kiedy już zaczynam się pocić, to na całego. Pocę się godzinami, nie tylko na twarzy czy pod pachami. Pocą mi się łydki, piersi, szyja.
Do licha, może faktycznie miałam gorączkę.
    Pod stołem wsunęłam do kieszeni stary plaster i bez patrzenia wyjęłam nowy, rozwinęłam i dopiero wtedy na chwilę spojrzałam w dół, by przykleić. Przez cały czas wdychałam powietrze nosem i wydychałam ustami, tak jak zalecała doktor Karen Singh: „Wydmuchuj tak, żeby twój oddech zachwiał płomykiem świecy, ale jej nie zgasił. Wyobraź sobie tę świecę, Azo, dmuchaj na nią i patrz, jak płomyk migocze, lecz trwa”. Próbowałam, ale spirala myśli i tak się zacieśniała. Słyszałam, jak doktor Singh mówi, żebym nie wyjmowała telefonu i nie sprawdzała po raz kolejny tych samych haseł, ale i tak wyjęłam komórkę i wklepałam w Wikipedii „Flora fizjologiczna człowieka”.
    Problem ze spiralą myślową jest taki, że kiedy ruszasz nią do wewnątrz, nigdy się nie kończy – po prostu zacieśnia się w nieskończoność.
    Zamknęłam ostatnią ćwiartkę kanapki w hermetycznym woreczku, wstałam i wyrzuciłam ją do przepełnionego kubła na śmieci.
    – Jak bardzo powinnam się martwić tym, że nie wypowiedziałaś przez cały dzień więcej niż dwóch słów z rzędu? – zapytał głos za mną.
    – Spirala myślowa – wymamrotałam w odpowiedzi. Daisy znała mnie od szóstego roku życia. Nie musiałam jej nic tłumaczyć.
    – Tak myślałam. Kurczę. Spotkajmy się po lekcjach.
    Podeszła do nas niejaka Molly, cała w skowronkach.
    – Pewnie cię zainteresuje, że twoje lemoniadowe włosy pobrudziły ci bluzkę – oświadczyła z satysfakcją, patrząc na Daisy.
    Daisy zerknęła przez ramię – i rzeczywiście, na pasiastej koszulce widniały różowe smugi. Zmarszczyła brwi, ale zaraz wyprostowała się dumnie.
    – To część mojego wizerunku, Molly. Poplamione bluzki są najnowszym krzykiem mody w Paryżu. – Obróciła się do mnie. – To co? Jedziemy do ciebie i oglądamy Rebeliantów? – Miała fioła na punkcie Gwiezdnych wojen. Nie tylko filmów, ale książek, animacji i tego serialu dla dzieci, gdzie wszystkie postacie zrobione są z lego. Pisała nawet fanfiki o perypetiach miłosnych Chewbaki. – I będziemy poprawiać ci nastrój, aż zdołasz wypowiedzieć trzy albo i cztery słowa z rzędu, dobra?
    – Brzmi nieźle.
    – A potem możesz mnie podrzucić do pracy. Wybacz, ale potrzebuję podwózki.
    – Spoko. – Chciałam powiedzieć więcej, ale myśli wciąż nacierały. Nieproszone, niechciane. Gdybym była kreatorką swego życia, przestałabym myśleć o swojej florze fizjologicznej. Powiedziałabym Daisy, jak bardzo podoba mi się projekt zdjęciowy Mychala oraz że owszem, pamiętam Davisa Picketta. Pamiętam, jak miałam jedenaście lat i już wtedy dźwigałam na swoich barkach nieokreślony lęk. Opowiedziałabym, jak pewnego razu na obozie leżałam obok Davisa na skraju pomostu, zwieszając nogi nad wodą i czując pod plecami nieheblowane deski. Gapiliśmy się na bezchmurne letnie niebo. Powiedziałabym jej, że nigdy wiele nie rozmawialiśmy ani nawet nie patrzeliśmy na siebie, ale to nieważne, bo patrzyliśmy razem na to samo niebo, co może nawet jest rzeczą bardziej intymną niż patrzenie sobie w oczy. Każdy może na ciebie spojrzeć, lecz spotkanie kogoś, kto widzi ten sam świat co ty, jest zjawiskiem dość rzadkim.