Ariana | Blogger | X X
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść młodzieżowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 lipca 2017

Lęk przed społeczeństwem

Sophie Kinsella „Spójrz mi w oczy, Audrey”, Media Rodzina, Poznań 2016

14-letnia Audrey cierpi na zaburzenia lękowe. Nie chodzi do szkoły, rzadko opuszcza dom, nosi ciągle ciemne okulary. Terapia przynosi powolne postępy, ale nabiera tempa, gdy Audrey poznaje Linusa, kolegę jej starszego brata. Za pomocą przyjacielskiego uśmiechu i zabawnych liścików Linus zaczyna wywabiać ją do normalnego życia – no, w każdym razie najpierw do Starbucksa, ale to dobry początek! Czy odnalezienie prawdziwej przyjaźni może rzeczywiście zdziałać terapeutyczne cuda? Autorka z niezaprzeczalnym literackim wdziękiem i zmysłem bystrego obserwatora komicznych wypadków życiowych opowiada historię uczucia, które może leczyć rany i koić czytelnicze zmysły.

To ważna książka o osobach, które większość społeczeństwa nie rozumie. Bo co strasznego jest w kontaktach z innymi ludźmi? „Spójrz mi w oczy, Audrey” to wejście w skórę osoby cierpiącej na fobię społeczną. Główna bohaterka wraz ze swoimi lękami jest bardzo bliska czytelnikowi, ale przede wszystkim nie brakuje jej realizmu, który jest szalenie ważny dla zrozumienia Audrey. Całe szczęście historia nie zawiera zbędnego patosu, można za to nieraz się uśmiechnąć w trakcie lektury, bo jest ona okraszona sporą dawką specyficznego humoru. Kierując swoją powieść do młodzieży, Kinsella musiała jednocześnie zaciekawić wymagającego czytelnika i sprowokować do refleksji na temat osób cierpiących na fobię społeczną. Po takiej lekturze odbiorcy z pewnością będą próbowali zrozumieć drugiego człowieka.


Opowieść o Audrey zapewni każdemu czytelnikowi cały wachlarz emocji, a to ze względu na ciekawie poprowadzoną fabułę i świetny świat przedstawiony. Szczególnie przyczynią się do tego relacje między wspaniale wykreowanymi bohaterami. Ukazane zostaje, jak ważnym dla każdego jest drugi człowiek, który zrozumie i zapewni bezpieczeństwo. Książka ta to także dobra okazja na to, by bliżej poznać mechanizmy, które składają się na zaburzenie w postaci fobii społecznej, a także wpływ tego lęku na życie chorej osoby. Nasze wyobrażenia zderzają się z przekonująco nakreśloną rzeczywistością. Szczególnie interesujące są przede wszystkim metody terapeutki Audrey na walkę z fobią, tak samo jak obserwacja ich wpływu na życie nastolatki.

 „Spójrz mi w oczy, Audrey” nie byłaby tak dobrą książką, gdyby nie umiejętność autorki do mieszania ze sobą radości i smutku. Wiadomo, że problem Audrey raczej zabawny nie jest, a walka z nim to naprawdę poważna sprawa, jednak gdyby bohaterowie zachowali zupełną powagę, czytelnik miałby wrażenie, że jak na jedną historię jest w niej za dużo patosu. I Kinsella po mistrzowsku przełamuje ten smutek, raz po raz opisując naprawdę komiczne sytuacje, które bawią nie tylko bohaterów, ale i odbiorcę. Nie przesadza w żadną ze stron, dzięki czemu ten bilans między radością a smutkiem dodaje całej historii jeszcze więcej atrakcyjności. Podsumowując, „Spójrz mi w oczy, Audrey” to naprawdę ciekawa lektura o ważnej problematyce, dużej dawce humoru i bohaterach, którzy od razu zaskarbiają sobie sympatię czytelnika. Polecam!

Oceniam: 7/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Bardzo jeszcze nastoletnia głowa rodziny


Katarzyna Ryrych „Jasne dni, ciemne dni”, Wydawnictwo Literatura, Łódź 2016 r.

Witek od dwóch lat jest głową rodziny (bardzo jeszcze nastoletnią), może liczyć tylko na siebie i jest już tym zmęczony. Matka – pogrążona w żałobie po Magdzie, która zginęła w wypadku samochodowym. Ojciec, który wtedy prowadził, leży w szpitalu bez kontaktu. A jest przecież jeszcze Bąk, potrzebujący miłości i przytulenia, i babcia z panem Alzheimerem. Kiedy Witek spotyka Kotę, okazuje się, że w jego sercu i głowie jest jeszcze miejsce i dla niej.

Najbardziej w tej powieści uderzyła mnie surowość narracji i w ogóle jakiś taki minimalizm świata przedstawionego. Źródła tej oszczędności należy się doszukiwać w osobie głównego bohatera. Jest nim piętnastoletni Witek, z wyglądu typowy Sebek, ale prócz dresów na sobie i bardzo krótko przystrzyżonych włosów nie ma wiele wspólnego z tym stereotypem. „Boks – moja miłość. Chodzę na zajęcia od dwóch lat. (...) Wolę walić w worek, niż tłuc głową o ścianę. I kompletnie nie rozumiem, dlaczego wszyscy się tak dziwią. Czy bokser koniecznie musi być tępakiem? Żeby wygrać, trzeba myśleć. Dużo czytam". Jednak tak prowadzona narracja pozostawia pewien niedosyt informacji o otoczeniu, przez co nakreślone wydarzenia nie mają w sobie nazbyt wiele realizmu, prawie wszyscy bohaterowie wraz ze swoimi problemami są do bólu papierowi i ciężko wykrzesać dla nich głębsze uczucia.

Mam wrażenie, że „Jasne dni, ciemne dni” to powieść, w której nadto skupiono się na problematyce. Bowiem życie Witka i jego przyjaciół naszpikowane jest kłodami rzucanymi przez życie: śmierć siostry Magdy, ojciec leżący w szpitalu bez kontaktu, Alzheimer babci, niezdrowa żałoba matki, chłód w relacjach między matką a resztą rodziny, Bąk okradziony z miłości matki, alkoholizm, przemoc domowa, rozbita rodzina itd. A to wszystko dzieje się tylko w dwóch rodzinach. Taki natłok problemów do rozwiązania (lub tylko do obserwacji), z których należy wyciągnąć jakieś wnioski i zatrzymać się na chwilę refleksji jest po prostu męczący. Powieść jest cienka (blisko sto pięćdziesiąt stron), ale wymagająca cierpliwości i skupienia.

Najbardziej ze wszystkich kreacji bohaterów spodobały mi się Bąk i babcia Witka. Ta pierwsza dodaje całej historii uśmiechu, radości i dziecięcej szczerości. Jej spontaniczność w wyrażaniu uczuć wzbudza w odbiorcy sympatię. Gdyby nie ona cała historia utrzymana byłaby w minorowym nastroju i na pewno wiele straciłaby na atrakcyjności. Z kolei babcia cierpiąca na Alzheimera jest postacią wyjątkową z kilku względów. Przede wszystkim jednak dlatego, ze autorka obdarza ją w wiele oryginalnych atrybutów. Wchodząc do mieszkania, można mieć pewność, że spotka się staruszkę w czarnej spódnicy i całkiem możliwe, że baletnica akurat będzie oglądała swój ulubiony film „Czarny łabędź”. Jej postawa, niefrasobliwość również wprowadzają do całej historii trochę radości, tak potrzebnej, by można było odetchnąć na chwilę od świata problemów. „Jasne dni, ciemne dni” wzbudza we mnie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony przeczytałem ją szybko i polubiłem niektórych bohaterów, z drugiej była to lektura naprawdę wymagająca, trochę niedopracowana.

Oceniam: 5/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję

niedziela, 4 czerwca 2017

Miłość, czyli chemia naszych serc

Krystal Sutherland „Chemia naszych serc”, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2016, tłum. Donata Olejnik

Henry Page jeszcze nigdy nie był zakochany. Jest zbyt zajęty. Kończy szkołę średnią i jego energię pochłania zdobycie indeksu przyzwoitej uczelni. A poza tym wreszcie otrzymał stanowisko redaktora naczelnego szkolnej gazety! Nieliczne wolne chwile spędza z przyjaciółmi bądź przy grach komputerowych. I wtedy poznaje Grace Town – nową uczennicę, która nosi za duże męskie ubrania, podpiera się laską i skrywa pewną dramatyczną tajemnicę… 

Tak dobrej powieści dla młodzieży nie czytałem już bardzo dawno, a przecież nie stronię od tego gatunku. Nie kryję, że naprawdę trudno powiedzieć mi cokolwiek, co miałoby sens, na temat „Chemii naszych serc” w chwilę po skończeniu lektury; jestem nią oczarowany do tego stopnia, że mogę wydawać wyłącznie westchnienia podziwu. Zanim przejdę do recenzji, chciałbym Was poprosić o to, żebyście wrócili wspomnieniami do swojej pierwszej miłości. Całe godziny spędzone na gadaniu o niczym, odkrywanie siebie nawzajem, szalone przygody i to wspaniałe uczucie lekkości. To bardzo miłe wspomnienia i nie potrafią ich przyćmić nawet wspomnienie rozstania i związanego z nim rozczarowania. Słodko-gorzka jest historia Waszej pierwszej miłości, prawda? Ale możecie przeżyć ją jeszcze raz! Wystarczy sięgnąć po literacki debiut Krystal Sutherland i dać się porwać wspomnieniom.

Autorka podchodzi do sprawy miłości w nieco odmienny sposób, niż większość twórców kierujących swoją twórczość do młodzieży. Nie chciałbym powiedzieć zbyt wiele, żeby nie zepsuć przyjemności płynącej z lektury, ale mogę na pewno zdradzić, że Krystal Sutherland zrywa ze schematami i próbuje przekonać czytelnika do tego, by spojrzał na pewne sprawy w sposób odmienny, niż miało to miejsce dotychczas. Niektórym takie podejście może się spodobać, innych będzie uwierało swoją prostotą, bo prawda jest taka, że czasami lubimy oszukiwać samych siebie. Ale nie powiem nic więcej, koniecznie przeczytajcie „Chemię naszych serc” i dowiedzcie się, o co chodzi.

„Ludzie wydają się idealni, kiedy zostaje po nich tylko wspomnienie”.

Krystal Sutherland
Autorka, choć to dopiero debiutantka, może się poszczycić wyjątkowo dobrze wypracowanym warsztatem. Udaje jej się nakreślić bohaterów tak realistycznych i bliskich czytelnikowi, że można by posądzać ją o opisywanie prawdziwych osób. Prawda jest jednak taka, że obie postaci w stu procentach są owocem jej wyobraźni. To pozwala stwierdzić, że młoda pisarka jest mistrzynią obserwacji innych ludzi i dzięki temu potrafi nakreślić wyrazistych i realistycznych bohaterów. W przypadku jej powieści nawet postaci drugoplanowe nie są papierowe. Zgłębiając się w lekturę, czujemy się jak ich dobrzy przyjaciele, z którymi dzielą się swoimi wszystkimi problemami i radościami. Czytając „Chemię naszych serc”, nieraz będziecie pękać ze śmiechu, obiecuję wam też, że uronicie łzę, sfrustruje was nieporadność bohaterów i będziecie rozczuleni ich szczerością. Historia Henry'ego Page'a oraz Grace Town na pewno Was wzruszy, ale nie zapominajcie, że Krystal Sutherland pisze historię, której nie powstydziłoby się życie – nie zawsze jest tak kolorowo.

Co również działa na atrakcyjność „Chemii naszych serc” to atmosfera, jaka towarzyszy całej lekturze. Ta powieść wręcz kipi nastoletnią beztroską, szalonymi przygodami i wszystkim, co kojarzy nam się z młodością. Czytając tę powieść, można nawet dojść do wniosku, że nasze życie jest dość nudne. Dla jednych będzie to kopniak do podjęcia nowych działań, dla innych smutna refleksja, którą jednak nazbyt się nie przejmą, bo opisywane wydarzenia nie są tylko namiastką nastoletniego szaleństwa. Odbiorca szybko wpada w wir zdarzeń, a książka pochłania go bez reszty. Nie myślcie, że będziecie mogli odłożyć ją choćby na chwilę, bowiem jest to tak wciągający pożeracz czasu, że połyka się go na raz. Innej możliwości nie ma. Literacki debiut tej pisarki to także możliwość do „podładowania akumulatorów” dlatego, że historia ta to porządna dawka pozytywnej energii, która potrafi ukoić i wprowadzić w stan błogiego spokoju.

Co tu dużo mówić, „Chemia naszych serc” to po prostu świetna powieść, która potrafi wciągnąć bez reszty każdego, kto po nią sięgnie. Rozbawi, zasmuci i zmusi do refleksji. Ale przede wszystkim pozostawi po sobie pozytywne wspomnienia. Sami też z radością wrócimy do naszych przeżyć związanych z pierwszą miłością. Ta książka jest tak prawdziwa, że ma się wrażenie uczestniczenia w rzeczywistych wydarzeniach. Mógłbym wciąż wymieniać i wymieniać kolejne zalety powieści, ale zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, że bardzo trudno zebrać wszystkie myśli w jakąś logiczną całość. Więc odchodzę od komputera i idę sobie usiąść w jakimś kącie, żeby móc bez końca wydawać westchnienia zachwytu. A Was obliguję do przeczytania „Chemii naszych serc” – jest tak wspaniała, że naprawdę zachwyci każdego.

Oceniam: 10/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję


W podziękowaniach autorka wspomina, że „rdzeń niniejszej powieści pochodzi z artykułu, który ukazał się 11 lipca 2014 r. na łamach «Nerve», pt. «Twój umysł a koniec związku» autorstwa Drake'a Baera". Co ciekawszym linkuję TEN tekst. Na wrzesień bieżącego roku planowana jest premiera drugiej powieści Sutherland, pt. „A Semi-Definitive List of Worst Nightmares". A poniżej piosenka, która nieraz przewija się przez książkę. Poczujcie ten klimat. :)

niedziela, 5 marca 2017

Margo — dziewczyna, w której mieszka ciemność

Tarryn Fisher „Margo", SQN, Kraków 2017

Margo nie jest jak inne nastolatki. Żyje w ponurym miasteczku Bone, które przejezdni omijają szerokim łukiem. Swój dom nazywa „pożeraczem”. Jej cierpiąca na depresję matka nie odzywa się do niej i traktuje niczym służącą. Wszystko nieoczekiwanie się zmienia, kiedy poznaje Judah – starszego chłopaka z sąsiedztwa. Sparaliżowany, na wózku inwalidzkim, odkrywa przed Margo świat, jakiego dotąd nie znała. Kiedy w okolicy ginie siedmioletnia dziewczynka, dwójka osobliwych przyjaciół rozpoczyna prywatne śledztwo. W głowie Margo pojawia się desperackie pragnienie, aby wytropić morderców. I przykładnie ukarać. Rozpoczynając bezlitosne polowanie na zło, dziewczyna nie zdaje sobie sprawy, jaką cenę przyjdzie jej za to zapłacić.

Książka zaczyna się powolnym wprowadzeniem w świat wypaczonych wartości, przepełniony żalem, nienawiścią i brutalnością. Autorka wrzuca czytelnika na głęboką wodę, w miejsce, o którym ten albo nie ma pojęcia, albo woli je omijać, ale stara się stopniowo zaznajomić go z tym z środowiskiem. Fisher nie spieszy się ze związaniem akcji, ale to działa na korzyść powieści, bo mamy czas, by wczuć się w miejsce akcji, przesiąknąć mrokiem i zrozumieć postawę bohaterów. Całej lekturze towarzyszy specyficzna atmosfera grozy, jednak nie za sprawą paranormalnych wydarzeń, a chłodnego przedstawiania najciemniejszej strony ludzkich zachowań i myśli. Tarryn Fisher nakreśliła wciągający świat, w którym możemy dojrzeć to, czego boimy się najbardziej – dlatego tak trudno odłożyć „Margo" na bok.

Największą zaletą powieści jest główna bohaterka, która dzięki mistrzowsko poprowadzonej prezentacji z miejsca zyskuje naszą sympatię, współczucie, zrozumienie i wsparcie. Margo jednak budzi swoim zachowaniem w odbiorcy wiele sprzecznych emocji i naprawdę trudno orzec, czy pomimo swojego bezlitosnego polowania na zło jest bohaterką negatywną. To aspołeczna, brutalna, i zimnokrwista dziewczyna, która odznacza się także wrażliwością, troską o innych i odwagą. Jest bohaterką pełną sprzeczności, dopuszcza się czynów powszechnie uznawanych za godne potępienia, ale jej motywacja sprawia, że odbiorca je akceptuje, ba, nawet je wspiera. Margo robi, to czego my boimy się ze względu na wiążące się z tym konsekwencje. Jej postawa budzi w czytelniku najmroczniejsze i najgłębiej skrywane żądze. Główna bohaterka tej powieści przypomina mi Lisbeth Salander z trylogii „Millenium"; co prawda nie może się równać z postacią Larssona, ale wzbudza podobne odczucia w odbiorcy.

„(...) ludzie są zbudowani do życia z cierpieniem. Słabi ludzie pozwalają, by ból ich dusił, doprowadzając do powolnej, emocjonalnej śmierci. Silni ludzie wykorzystują ból, Margo. Używają go jako paliwa."

„Margo" jest solidną i przemyślaną konstrukcją fabularną, w której nie ma miejsca na potknięcia pokroju błędów logicznych. Choć historia wydaje się trochę pokręcona, tak naprawdę uparcie dąży do przodu zamknięta w logiczny łańcuch przyczynowo-skutkowy. Jedynym elementem wzbudzającym we mnie ambiwalentne odczucia jest zakończenie książki. Z jednej strony można je interpretować na różne sposoby, bo autorka pozostawia wiele niezamkniętych furtek, z drugiej strony dopada czytelnika rozczarowanie. Nie kończy się misternie snutej historii w taki sposób, a jeśli o mnie chodzi, rozwiązanie fabuły sprawiło, że miałem mętlik w głowie, Margo zaś stała się zupełnie inną postacią.

Jeśli chodzi o ocenę końcową, bez wątpienia mogę uznać nową powieść Tarryn Fisher za jedną z lepszych powieści młodzieżowych, jakie czytałem. To bardzo wnikliwy obraz naszej ciemniejszej strony, tłumionych żądz i zachowań, których się boimy. Margo pozwala nam na chwilę wyzbyć się wszelkich zahamowań moralnych, dając ujście naszym zwierzęcym instynktom. Dlatego powieść ta wzbudza tyle emocji u czytelnika. Całości dopełniają prosty język, ciekawie poprowadzona narracja, przemyślana konstrukcja fabularna, prawdziwi bohaterzy i silna więź rodząca się między czytelnikiem a główną bohaterką. Gdyby nie zakończenie kładące cień na całość, „Margo" byłaby wspaniałą lekturą.

Oceniam: 7/10



Za możliwość lektury dziękuję