Ariana | Blogger | X X

niedziela, 26 sierpnia 2018

Muszę przeczytać coś krótkiego

„Okularnik" Katarzyny Bondy to prawdziwe tomiszcze, wystarczy rzucić okiem nawet z odległości, jaka wyrasta między szybą wystawową księgarni a chodnikiem. I choć czytając, nie miałem poczucia, żeby autorka niepotrzebnie napychała wątków albo rozdmuchiwała dialogi, trudno było mi nadać lekturze tempa, które nie usypia. Wciąż nie umiem określić przyczyny tej ślamazarności i nawet nie jestem pewien, czy zdążę to zrobić przed końcem „Czerwonego Pająka".

To doświadczenie obudziło we mnie potrzebę przeczytania czegoś krótkiego. Idealnie w moje zachcianki wpasowała się inna książka autorki — „Polskie morderczynie". Od bestsellerowej twórczości Bondy odróżnia ją to, że tym razem nie ma miejsca na fikcję. 

Konstrukcja tego reportażu poruszy emocje każdego. Rozdziały rozpoczynają się od słów osadzonych, w których szczerze opowiadają o tym, co je buduje: rodzinie, miłości, sytuacji życiowej. Opisują też morderstwa z własnej perspektywy. Budują kontekst, dzielą się swoimi emocjami, kreśląc portret zwykłych kobiet, które w pewnym momencie zostają ze swojej zwykłości wyrwane. I przede wszystkim odpowiadają na pytanie, które tak bardzo nurtuje tę naszą część zafascynowaną złem: dlaczego zabiły? Bonda zaś konfrontuje te historie z informacjami zdobytymi na podstawie sądowych aktów. Moc tej pozycji przejawia się nie tylko w tym, że morderczynie okazują się być kobietami, jakich pełno wokół nas. 

Przede wszystkim chodzi o siłę i odpowiedzialność nadawaną czytelnikowi. Spoczywa na nim ciężar oceny o tyle trudnej, że pozbawionej obiektywizmu, z którego obdzierają słowa płynące z rozmów przeprowadzonych z więźniarkami. Ile w nich prawdy, a ile manipulacji czy próby oczyszczenia wizerunku? To bardzo trudne pytania, które nie dadzą spokoju, dopóki nie ukuje się swojego stanowiska w sprawie.

Pozostając w temacie tekstów krótkich a treściwych, muszę zaspokoić swoją pseudointelektualną próżność poprzez informację, że oto biorę na warsztat felietony Passenta. Zupełnie nie znam tego człowieka ani specyfiki jego pióra, opieram się jednak na jego powiązaniach z Osiecką. Nie ma krzty logiki w podchodzeniu do czyjejś twórczości z określonym nastawieniem tylko ze względu na jego życiowych partnerów.

A o piątej nad ranem krótkimi rozdziałami rozprawiam się z i tak cieniutką książką, która analizuje cykl życia światowych mocarstw. Mam z rana ambicje podbicia świata.

wtorek, 21 sierpnia 2018

Gdy kobiecie jest źle...

Tym razem bez wstępu, ot co.
Na początkowych stronach „Dietolandu” poświęconych wprowadzeniu w świat przedstawiony główna bohaterka jawi się jako osoba zwyczajnie dziwna i nieciekawa. Nastawienie zmienia się wraz z fabularnym powrotem w retrospekcji do dzieciństwa Plum, jednak wówczas pojawia się infantylność, warunkowana tym, w jaki sposób ta postać patrzy na świat. Retrospekcja oczywiście pozwala nam zrozumieć, dlaczego dorosła Plum podchodzi do swojej otyłości w taki a nie inny sposób, ale tym samym przywiera do niej naiwność, która będzie jej nieodzowną cechą do końca lektury. Nawet po przemianie, trudno traktować ją z całkowitą powagą. Politowanie wzbudzają takie sceny jak kłótnia z kurierem na rowerze, ale jednocześnie pozwalają na wytworzenie się między czytelnikiem a Alicią (to jej prawdziwie imię) silnej więzi — sympatii, jaką obdarza się nieporadne, ale chcące być postrzegane jako harde, koleżanki.

To nie ja, lecz Szymborska (wykonała)
Jako osoba wyczulona na tematykę otyłości, szczególnie zainteresowany byłem przyczynami nadwagi głównej bohaterki. Często bowiem bywa, że autor obdarza swoją postać irracjonalnymi pobudkami. U Plum po prostu zawiniły geny.
Tym ciekawsza wydaje się jej walka ze zbędnymi kilogramami, z góry skazana na niepowodzenie. Autorka tworzy bohaterkę-symbol, jedną z miliona kobiet, dążącą do osiągnięcia wyglądu, jakiego oczekuje od niej społeczeństwo kierowane stereotypami. Droga, jaką pokonuje Plum do zaakceptowania swojego wyglądu, pełna jest ironii i krytyki wymierzonych w stronę twórców programów odchudzających, mediów i tym podobnych. Słowem: w odpowiedzialnych za kreację obraz idealnej kobiety w społecznej świadomości i sianie kompleksów w psychice kobiet, które się tej normie wymykają.
Narzędziem, którym z lubością posługuje się Sarai Walker, jest groteska, czasami stosowana aż w nadmiarze. Walker zaskakuje swoją pomysłowością przejawiająca się w skutkach „efektu Jennifer” (nie chce spoilerować), ale nie unika przesytu prowadzącego do zniesmaczenia i całkowitego oderwania od rzeczywistości. Myślę, że przekaz książki niewiele by stracił, gdyby zrezygnowano z „czarnej listy penisów”. To zestawienie nazwisk mężczyzn, z którymi nie wolno uprawiać seksu, jeżeli chce się żyć. Kontrowersyjne, ważne? Śmieszne.

A skoro o bohaterach, warto zauważyć, że Sarai Walker ogranicza liczbę bohaterów męskich do minimum, umieszczając ich wyłącznie w rolach epizodycznych. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę feministyczny charakter powieści, która jest opowieścią o łamaniu powszechnego modelu piękna, próbie zaakceptowania siebie, rozgrywającą się na tle wydarzeń, które za sprawą nieznanej Jennifer obracają życie społeczne do góry nogami. Muszę przyznać, że bardzo pomysłowa i kusząca wydała mi się wizja, w której znika wszechobecna nagość i uprzedmiotowienie kobiecego ciała na rzecz męskiego ciała. Co wydało mi się niepokojące w trakcie lektury, to fakt, że odwrócenie roli jest elementem groteskowym, a więc humorystycznym. Negliż mężczyzn bawi czytelnika, a w świecie fabularnym budzi kontrowersje i zniesmaczenie większości społeczeństwa. Dziwne, że nikt nie ma takiego problemu, kiedy chodzi o atakujący zewsząd kobiecy negliż, ba, wielu traktuje to jako coś normalnego i oczywistego. I to powinno zmusić czytelnika do refleksji.

Język powieści, jak na powieść feministyczną przystało, nierzadko bywa wulgarny. Zdecydowanie też większa uwaga jest poświęcona cielesności kobiet. To z pewnością przekłada się na siłę komunikatu, jaki chce nam przekazać autorka poprzez historię Plum, zachęca do mówienia o swoim ciele bez żadnych tabu, przede wszystkim do polubienia swojego ciała. Niemniej jednak Walker i z wulgarnością przesadza. Co prawda rzadko, bo rzadko, ale próba wzbudzania kontrowersji bez żadnego większego celu, niż tylko taki, żeby było kontrowersyjnie (jak to brzmi!) to zabieg, który nie powinien przydarzyć się tej historii.

Książka zbudowana jest z dwóch płaszczyzn: pierwszą jest obszerniejsza historia Plum, a na jej tle śledzimy poczynania tajemniczej Jennifer, ściślej mówiąc, śledzimy doniesienia o jej czynach w największych mediach. Początkowo nie widziałem sensu umieszczania obok siebie tych niepowiązanych w żaden sposób historii, ale jak się okazało, wcale nie są takie odrębne i im bliżej końca lektury, tym więcej się dowiadujemy, a sam zabieg wreszcie nabiera znaczenia. Głównym tematem „Dietolandu” jest postrzeganie przez współczesną kobietę (swojej) nadwagi; to ta o wiele szerzej rozwinięta historia Plum. Jennifer za to jest narzędziem, który pozwala w opowieść o problemach głównej bohaterki wpleść inną ważną tematykę dotyczącą kobiet m.in. upośledzone postrzeganie gwałtu jako winę ofiary czy uprzedmiotowienie kobiet wciąż widoczne w wielu sferach życia.

Początkiem czerwca br. premierę miał serial oparty na książce
„Dietoland” to momentami dziwna, infantylna i irracjonalna historia, ale ogólnie rzecz biorąc, to interesujący opis zachodzących w społeczeństwie paradoksów, których ofiarami są kobiety. To pozycja na wskroś feministyczna, z pewnością godna przeczytania.

P.S Nie do końca zrozumiałem nawiązywanie do „Alicji z Krainy Czarów”, będę wdzięczny jeżeli ktoś, kto już książkę przeczytał, wytłumaczy mi, po co autorka sięga po powieść Carrolla. 

środa, 25 lipca 2018

Dlaczego jedni to lubią, a drudzy nie?


Ni stąd, ni zowąd przyszło mi do głowy jedno pytanie: dlaczego dla jednych „Mały Książę” jest literackim objawieniem, powiastką, która zmieniła podejście do różnych spraw, a niektórzy myślą o nim tylko z niechęcią? Temat zaczął krążyć wokół literatury ogólnie: dlaczego nie podobają nam się książki, które są bliskie naszym upodobaniom; i w drugą stronę? Siłą rzeczy musi chodzić nie tylko o gust. O co zatem?


„Homo est animal sociale”, czyli człowiek jest zwierzęciem społecznym,
(wybaczcie, ale uczyłem się sentencji łacińskich na konkurs, w którym nic nie udało mi się osiągnąć, więc żebym nie czuł się jak przegryw, wplatam je choćby tutaj do tekstów)
 jak powiedział Arystoteles. Dlatego właśnie nastroje otoczenia silnie wpływają na nasze odczucia. Większość z nas ma w sobie wewnętrznego buntownika i jeżeli tylko usłyszy on przyklaskiwanie innych, dostaje szału, nie zgadza się z powszechną opinią, mówiąc sobie, że inni nie mają racji, że są głupi i w ogóle kto podąża za tłumem?

Z tej przyczyny diametralnie zmieniło się moje nastawienie do kilku książek, nawet jeżeli z początku całkiem mi się podobały. Tak było choćby ze wspomnianym już „Małym Księciem”. Przyznam szczerze, czytając go po raz pierwszy, niewiele zrozumiałem z wszystkich tych alegorii, ale ujęły mnie niektóre myśli, więc na Antoine'a de Saint-Exupéry'ego spoglądałem przychylnym okiem. Potem, nie wiem dlaczego, wybuchła epidemia zachwytów nad „Małym Księciem” i przytłaczająca liczba okrzyków uwielbienia atakująca z wszystkich stron zdegradowała w moich oczach tę powiastkę filozoficzną.

Czy potrzebny jest nam taki wewnętrzny buntownik? Mam co do niego ambiwalentne odczucia, bo z jednej strony zmusza do głębszego przeanalizowania dzieła i zweryfikowania naszego zdania, ale z drugiej to zwykła manipulacja, pod której wpływem nawet arcydzieła malują się nam jako grafomania czy tania rozrywka. Co śmieszniejsze: to automanipulacja, bo przecież nikt nas nie zmusza do zmiany opinii. Inna sprawa, kiedy o naszym stosunku do powieści decyduje opinia naszych autorytetów, lubimy im bowiem ulegać, być jak oni.

Każdy pewnie potrafi przytoczyć przykład powieści przeczytanej przedwcześnie albo za późno. Wiek, a dokładniej posiadany na danym etapie rozwoju światopogląd, umiejętność analizowania i znajomość tekstów kultury, są kluczowe dla odbioru powieści. Trudno, żeby oczekiwać od gimnazjalisty sympatii dla twórczości klasyków lub przekonać dorosłego do literatury młodzieżowej (co oczywiście nie jest niemożliwe). Ale to nie znaczy, że którekolwiek z tych dzieł jest złe. Po prostu odgrywają w naszym życiu ważną rolę tylko w pewnym wieku.

To smutne, że z tego powodu możemy bez odwrotu stracić szansę na polubienie jakiejś powieści, która mogłaby w jakiś sposób na nas wpłynąć. I tak jednak nie uda nam się przeczytać wszystkiego. Może czas pomyśleć nad jakąś listą książek do przeczytania w danym wieku? Choć z natury jestem nieufny względem wszelkich rankingów, a robienia czegokolwiek pod przymusem i tak nikt nie lubi.
Przymus. To też ważny czynnik. Na palcach jednej ręki u pracownika tartaku można by policzyć uczniów, którzy do obowiązkowych lektur podchodzili z przyjemnością. Ech, co ten wewnętrzny buntownik z nami wyprawia!

Zgadnijcie, który Kleks to ten brzydki. (jeżeli cokolwiek rozóżnicie z tych zdjęć)

Dla mnie ważny jest wygląd powieści oraz warunki, w jakich ją poznaję. Jeśli w dzieciństwie umieraliście ze strachu przed marszem wilków w „Akademii Pana Kleksa”, to z pewnością sięgnęliście też po książkę Brzechwy. Miałem to nieszczęście czytać wydanie Siedmioroga, w którym ilustracje były tak paskudne i niepasujące do atmosfery całej opowieści, że po prostu musiałem odłożyć lekturę, żeby nie zniechęcić się do świata Pana Kleksa. Całe szczęście później wpadło mi w ręce wydanie Naszej Księgarnii z ilustracjami Marianny Sztymy  — jeszcze nie do końca to, czego szukałem, ale o wiele bliższe mojemu sercu, z duszą.

Czasami mają znaczenie nawet takie pierdoły jak kolor papieru czy czcionka. Dałbym się pociąć za białe wydanie całej serii „Pana Samochodzika”, tym bardziej, ze egzemplarze wypożyczone z biblioteki były już trochę nadszarpnięte przez czas, dzięki czemu opisywane przygody były jeszcze bardziej namacalne.

„De gustibus non est disputandum”, co się przekłada jako „o gustach się nie dyskutuje”. Jak się jednak okazuje, nie tylko nasz gust ma wpływ na to, jak będziemy nastawieni do różnych dzieł.
No więc geny czy środowisko?

środa, 11 lipca 2018

Jak powiedzieć „spadaj, mała!” i nikogo nie urazić


Świadome używanie w rozmowie słów niezrozumiałych dla innych uważam zwykle za świństwo. To chwyt stosowany albo przez ludzi z niską samooceną, albo intelektualistów ze skłonnościami do wredoty (pozdrawiam niespełnionych humanistów jak ja). Gardzę tym chwytem, kiedy chce się ośmieszyć albo zmanipulować swojego rozmówcę.

No dobra, ale przerzucanie się agelastami czy prestidigitatorami to też sposób na wymagającą zabawę i okazja do przyszpanowania. Nigdy nie zapomnę, jak germanistka porównała czyjąś gestykulację przy tablicy do prestidigitatorskich sztuczek i zadowolona omiotła spojrzeniem klasę, która nie miała pojęcia czy się śmiać, czy święcie oburzyć. Gdybym był odważniejszy i bardziej zainteresowany życiem w tamtym momencie, pewnie bym im wyjaśnił, o co chodzi, ale ostatecznie siedziałem cicho (jak przez całą edukację gimnazjalną) i pozwoliłem tryumfować germanistce. W końcu należało się jej za te wszystkie lata.
Można też dzięki rzadko używanym wyrażeniom oszczędzić komuś przykrości albo szyderczo sobie z niego zakpić. Ech, język! Ech, intelektualiści!

Pisz na Berdyczów!


W dzisiejszych czasach — jeżeli ktoś jeszcze używa tego zwrotu — „Pisz na Berdyczów!” znaczy tyle właśnie co „spadaj!", „odwal się!”, „daj mi spokój!”. Pewnie można by używać go również jako synonim do „spiedalaj!” (błąd celowy), ale
a) kulturalni ludzie tak nie mówią
b) zwykły użytkownik języka woli formy prostsze a dobitniejsze.
Choć dla mnie, jakby się kto postarał, to i sam Berdyczów wymówiłby wulgarnie.

No i tu mógłbym skończyć ten tekst, ale nieproporcjonalność długości wstępu do reszty złamałaby mi serce, a zresztą losy tego wyrażenia są tak poplątane, że grzechem byłoby ich nie prześledzić. Tak więc...


Berdyczów jest obecnie miastem ukraińskim, ale wcześniej przez wieki należał do Rzeczpospolitej. Po tym jak miasto otrzymało od króla przywilej urządzania dziesięciu jarmarków rocznie (oszałamiająca liczba), stało się bardzo ważnym centrum handlu. W związku z tym każdy szanujący się kupiec bywał w Berdyczowie dość często. Przedstawicieli tej profesji trudno było wówczas namierzyć, gdyż wędrowali z miejsca na miejsce, wiedziano jednak, że prędzej czy później będą zmuszeni zahaczyć o Berdyczów. Dlatego właśnie na tamtejszy urząd pocztowy nadawano przesyłki, po wcześniejszej prośbie „pisz do mnie na Berdyczów!”. Był to łatwy i skuteczny sposób komunikacji.

Z czasem jednak znaczenie tego powiedzenia zaczęło ulegać zmianie, pewnie na skutek długiego czasu oczekiwania na odpowiedź i pisanie na Berdyczów nie kojarzyło się już z pewnością wymiany informacji a bardziej z próbą spławienia interesanta. Na odczytanie listu trzeba było bowiem poczekać przynajmniej 2-3 miesiące. To niesamowite, że pozytywne skojarzenie może nabrać zgoła odmiennego wydźwięku!

Współcześnie to wyrażenie przypadło do gustu dziennikarzom, którzy tytułują nim swoje artykuły dotyczące jakichś nieprawidłowości w działaniu poczty, skutkujących wydłużeniem czasu oczekiwania na przesyłkę. Pewnie gdyby „Pisz na Berdyczów!” było wciąż żywe w mowie, zmieniłoby po raz kolejny swoje znaczenie, wątpię jednak, by do tego kiedykolwiek doszło.


Jeżeli chodzi o mnie, tylko raz słyszałem, żeby ktoś użył tego wyrażenia. Akurat siedziałem w pierwszej ławce na historii, a mieliśmy omówienie i poprawę sprawdzianu. Naturalnie w połowie lekcji do biurka ustawił się sznur uczniów, którzy doliczyli się więcej punktów niż nauczyciel. No i zawsze chodziło o zadania zamknięte, gdzie okazywało się, że historyk „chyba wziął pod uwagę odpowiedź a), ja przecież a) przekreśliłam i zaznaczyłam poprawną odpowiedź na sprawdzianie”. Sytuacja powtarzała się z każdym, kto dobił do biurka, ale nauczyciel nie wytrzymał, kiedy ktoś tam podszedł do niego po raz drugi. Wziął sprawdzian do ręki, schował do swojej teczki i powiedział:
— Pisz na Berdyczów!
Odeszło od biurka rozeźlone dziecko, któremu zabrakło jednego punktu do wyższej oceny, a ja po raz pierwszy i ostatni (jak dotąd) usłyszałem, żeby ktoś użył tego zwrotu.

Pisząc, pożytkowałem się wiedzą z Wikipedii i „Co w mowie piszczy?” Katarzyny Kłosińskiej.
P.S Historyk opracował metodę, która nie dopuszczała już oszustw. Zakreślał wielkim, czerwonym minusem odpowiedź a), czy tam inną zaznaczoną i wiadomo było, kto jakiej udzielił :)

poniedziałek, 2 lipca 2018

Znowu przeczytałem biografię celebryty

Chwalisz się czy żalisz?
To pewnie wasza pierwsza myśl.
Ale od początku.
Wyłapałem ostatnio w odmętach Internetu (wciąż jest on dla mnie rzeczownikiem własnym) promocję, na którą dałby się nabrać każdy nałogowy czytacz: piętnaście książek za niecałych sześćdziesiąt złotych. Nie powinienem być zdziwiony, kiedy już otworzyłem pudło z księgarni i zobaczyłem mieszaninę harlequinów, tanich kryminałów i biografii celebrytów. A jednak byłem. Szybko dokonałem podziału na to, co da się czytać i na to, co schować gdzieś na dnie biblioteczki; palić ani oddawać tych szkarad nie chciałem, bo mimo wszystko to moje –– choć ohydne — dzieci. Na pierwszej kupce jakiś reportaż o Rosji i biografia Michała Piróga, o drugiej nie wspomnę, skwitujmy to milczeniem.


Pomyślałem, „Czemu nie, mogę dziabnąć trochę tej biografii". A to dlatego, że ujęła mnie dedykacja, którą przytaczam:

Książkę dedykuję wszystkim, którzy z powodu poglądów politycznych, wyznania, koloru skóry czy orientacji seksualnej muszą każdego dnia udawać kogoś, kim nie są. Życzę Wam, żeby nadszedł taki dzień, w którym każdy z Was poczuje się w pełni wolny.

Koniec cytatu. Kto może dedykować książkę o sobie do takich ludzi, jeżeli nie człowiek, który z jakichś powodów jest inny i tę swoją inność nosi jak Jedi świetlny miecz?*
Szczerze, niewiele na temat Piróga wiedziałem, prócz tego, że mignął mi parę razy w programach TVN-u. No więc zaciekawiony zacząłem lekturę, a ta od początku wciągnęła mnie głównie ze względu na lekkość przekazu. Michał mówi o sobie, jakby akurat prowadził z nami rozmowę, czasami jego wypowiedź przerywana jest kwestiami osób z otoczenia. Dlatego tak przyjemnie się ją czyta: wystarczy siąść i słuchać. Nie wymaga to od nas zbyt wielkiego wysiłku.

Ale ta lekkość przypłacona jest spłyceniem życiorysu naszego obiektu zainteresowań. Poznajemy go z jednej perspektywy, wypowiedzi bliskich są przytaczane wyłącznie w celu podtrzymania zbudowanego/narzuconego już sposobu postrzegania, wszystkie są do siebie bliźniaczo podobne. Bo ja bym najchętniej wszystkie biografie dał do zrobienia Grzebałkowskiej, no ale a) Grzebałkowska wszystkich nie opisze b) celebrytom nie zależy na szczegółowej, fascynującej biografii, która sprowokuje do myślenia. Taki ze mnie już idealista i wierzę, że każdy z nas ma niesamowicie interesujące życie, może swoim postępowaniem zmienić coś w postrzeganiu świata u innych. No i tutaj się raczej nie mylę. Ale nie wszystkim zależy, żeby to pokazać, a już na pewno nie gwiazdom, dla których taka lekka biografia to okazja do połechtania ego i zarobku.


A skoro o łechtaniu ego, to muszę zauważyć, że nieważne jak bardzo starałby się przedmiot biografii (niekoniecznie Piróg, to dotyczy wszystkich tego typu produktów) zawsze znajdzie się taki fragment rozmowy, który zabrzmi trochę samochwalstwem. Mnie szczególnie mocno w pamięci utkwiły te słowa:

Z Oshrinem dobraliśmy się pod każdym względem. Fizycznym też. Uwielbiałem się z nim kochać. Kiedy po rozłące z powrotem znalazłem się w naszym izraelskim mieszkaniu, od progu zaczęliśmy się całować. I nagle poczułem, że Oshrin już doszedł, mimo że dopiero się witaliśmy. To było wspaniałe uczucie. Dowód na to, jak bardzo mnie pragnął.

Tak, wszyscy cenią sobie otwartość i szczerość, ale właściwie co biografowany chciał nam przekazać w ten sposób? Czy tylko pokazać miłość swojego partnera, którą i tak podkreśli w rozmowie jeszcze wielokrotnie? Proszę zauważyć, że prowokuję czytelników do myślenia! Miałem jeszcze ponarzekać na to, że od pewnego momentu biografia porusza się tylko po temacie homoseksualizmu, nawet rozdziały są podzielone według poszczególnych partnerów, ale doszedłem do wniosku, że w końcu miłość to bardzo absorbujący naszą codzienność czynnik, więc nie mam się do czego przyczepiać. A od serca dodam, że młodość Michała Piróga jest naprawdę interesująca, szczególnie spodobała mi się jego brawura, działanie pod wpływem impulsów i bezczelność. Takich ludzi bardzo lubię i szanuję.

Co jeszcze czyni biografie celebrytów takimi pociągającymi? To, że możemy choć na chwilę skosztować ich życia. I bynajmniej nie jest to rzeczywistość, w której trzeba się hamować z kupowaniem książek, żeby przetrwać kolejny miesiąc. To też możliwość wysłuchania kolejnej historii człowieka, który z pucybuta stał się milionerem, dzięki swojej determinacji i wierze w spełnienie marzeń. Jest to z pewnością zaspokojenie jakiejś naszej wewnętrznej potrzeby na przeżywanie takich losów, bo wierzymy, że jeżeli innym się udało, to tak samo będzie z nami. Nawet jeżeli nie robimy nic, by nasze ambicje i marzenia spełniać.

Nie mam oczywiście Michałowi Pirógowi za złe tego, że postanowił sprzedać nam taki jednostronny i spłycony obraz siebie. Przytoczył parę anegdot, powiedział coś od serca, zapewnił mi rozrywkę na kilka wieczorów, a tekst został świetnie zredagowany — to wystarczy, żeby „Chcę żyć" spełniło swoje zadanie, jakim jest zainteresowanie odbiorcy. Swoją drogą trochę to dziwny tytuł dla biografii, jakby ktoś zabraniał Pirógowi żyć albo jakby był to jakiś manifest samobójcy po kilku próbach. Jak dla mnie niepotrzebne nadęcie.


Chciałem, żeby ten tekst nie był tylko i wyłącznie recenzją, ale żeby spojrzał też szerzej na popularne zjawisko wydawania biografii gwiazd. Mam nadzieję, że mi się udało, a czułbym się jeszcze lepiej, gdyby zrodził w was jakąkolwiek myśl (niekoniecznie, że jestem debilem etc.).
___
* Jest to cytat z piosenki „Ej Maria"
P.S. Edytor tekstu ciągle podkreśla mi słowo „celebrytów" i zastanawiam się, dlaczego tak jest. Wydaje mi się, że to już całkiem dobrze przyswojone w języku polskim określenie. Intrygujące!

sobota, 30 czerwca 2018

Agroturystyka w Żmijowisku

„Żmijowisko", Wojciech Chmielarz, wyd. Marginesy, 2018

Obiecałem sobie, że nie powiem ani słowa na temat warstwy psychologicznej całej opowieści, bo ten temat przewija się w każdej opinii, jednak jest to thriller psychologiczny, więc trudno to przemilczeć, tym bardziej, że Chmielarz jest bardzo dobrym obserwatorem. Powołuje do życia postacie ciekawe i bardzo skomplikowane, każdą z nich obdarzając rozbudowanym portretem psychologicznym. Dla mnie szczególnie interesującymi kreacjami są postaci Marry, Damiana i Arka. Autor pozwala nam poznać ich zachowania w różnych okolicznościach. Nie stroni od konfrontowania ich z ekstremalnym sytuacjami. Mamy do czynienia z osobami tak różnymi, że ciężko podzielić ich na tych złych i dobrych. Budowanie relacji z innymi bohaterami, ich myśli oraz zachowania są przedmiotem analiz nie tylko narratora, ale i czytelnika, który w trakcie lektury jest stale pobudzany do refleksji nad wieloma zagadnieniami. To czyni „Żmijowisko" lekturą wyczerpującą ze względu na zaangażowanie w opisywane zdarzenia, przeżywanie ich na równi z bohaterami. Aktywny udział w akcji dodaje książce atrakcyjności i sprawia, że nie zapomnimy o powieści jeszcze na długo po odłożeniu jej na półkę.

Nie bez powodu akcja osadzona jest głównie w niewielkim Żmijowisku. To pozwala autorowi na budowanie specyficznej atmosfery, która powstaje na wskutek połączenia współczesnej, sielankowej wsi i baśniowości skrytej w otaczających miejscowość jeziorach oraz gęstych lasach. Ta niesamowitość jest z początku niezauważalna, odkrywana jest z biegiem historii, która zaczyna robić się coraz bardziej tajemnicza i niepokojąca. Fabuła początkowo mocno osadzona we współczesnych realiach pod koniec tę rzeczywistość rozmazuje, w powietrzu można wyczuć niepokój, w pewnej scenie autor zaprzęga nawet siły nadnaturalne, ale udaje mu się to zrobić w sposób nie wzbudzający litości czy zażenowania. Zakończenie książki, czyli wyjaśnienie całej historii, tylko wzmaga poczucie grozy i niepewności, zostawiając czytelnika z poczuciem uczestnictwa w niesamowitych zdarzeniach.

A sama historia? To narzędzie do stawiania bohaterów w różnych sytuacjach, jest ważna, ale nie stoi na pierwszym miejscu. Jak na thriller zresztą nie rozwija się w zawrotnym tempie, ma tendencję do rozwidlania się na mniejsze – ale niemniej interesujące – wątki poboczne. Trzeba jednak przyznać, że po scenie, w której dochodzi do konfrontacji ojca Damiana z własnym synem oraz Marry, akcja zaczyna pędzić coraz szybciej w kierunku finału, który, jak na thriller psychologiczny przystało, wzbudza dreszcz emocji i szokuje. I kiedy czytelnik czuje się już bezpiecznie, pogodzony z rozwiązaniem, Wojciech Chmielarz znów zaskakuje i wbija swojego odbiorcę w fotel. Zwieńczenie tej historii to prawdziwy majstersztyk, który nie tylko szarga emocjami czytelnika, ale pozostawia go jeszcze z wieloma pytaniami, na które sam musi sobie odpowiedzieć. Gdybym miał opisać tę lekturę jedynym zdaniem, brzmiałoby tak: „Żmijowisko" przykuwa interesującą galerią postaci, analizą ich osobowości i niepowtarzalnym klimatem, tym samym fundując rozrywkę na najwyższym poziomie. Polecam gorąco!

Tekst powstał we współpracy z wydawnictwem Marginesy.

czwartek, 21 czerwca 2018

Czy naprawdę mogę umrzeć, wyciskając pryszcza na nosie?


Gdyby nasze ciało potrafiło mówić, to byłby to długi monolog o tym, co robimy źle, bo – taka mnie błyskotliwa refleksja naszła podczas lektury – człowiek ma patologiczną potrzebę/zdolność do autodestrukcji, chociaż wydaje mu się, że robi dla siebie wszystko co najlepsze. A ponadto ma talent do tworzenia naprawdę dziwnych problemów

Dlaczego drapanie się jest takie przyjemne? Ile trzeba spać? Czemu seks u ludzi wygląda, jak wygląda? I dlaczego nie istnieje viagra dla kobiet? Czy obcisłe spodnie mogą zabić? Czy można sobie zrobić dołeczki w policzkach? Czy naprawdę można umrzeć od wyciskania pryszcza na nosie? James Hamblin, lekarz i dziennikarz, tłumaczy zawiłości anatomii i fizjologii, rozprawia się z popularnymi mitami dotyczącymi zdrowia i demaskuje marketingowe oszustwa firm producentów suplementów i zdrowej żywności. A wszystko to w przystępny, zabawny i wciągający sposób – w końcu odpowiada także na pytanie: Na czym polega uzdrawiająca moc śmiechu?

Książka ta klasyfikowana jest jako podręcznik akademicki lub powieść popularnonaukowa, w rzeczywistości jednak przypięcie jej gatunkowej łatki wcale nie jest takie łatwe. To dlatego, że choć James Hamblin trzyma się biologicznej tematyki, bardzo płynnie porusza się też w innej (ale powiązanej) problematyce. Okazuje się, że nasze anatomiczne sekrety mają duży wpływ na kształt społeczeństwa, przemiany w jego obrębie i nawet na bieg historii, co teraz wydaje mi się oczywiste, ale wcale takie nie było przed lekturą książki. A autor z lekkością i wielką radością przybliża nam te zależności, uzmysławia silne powiązania historii z biologią, co mnie niezmiernie fascynuje. Choć zdarzały się momenty, kiedy kontekst historyczny był przybliżany nazbyt szczegółowo, stawał się nużąco długi. Ale to sporadyczne przypadki. W zdecydowanej większości było to ciekawe urozmaicenie treści, tym bardziej, że Hamblin jest naprawdę interesującym mówcą/pisarzem.

Jedna z wielu ilustracji |źródło|

Bardzo przypadła mi do gustu forma książki, wydanie jest bardzo estetyczne i solidne, Marginesy znów nie zawodzą. Konstrukcja podtytułów nasuwała mi skojarzenia z wyszukiwaniami w Google, autor nieraz wykorzystywał je w sposób humorystyczny, są także narzędziem do budowania luźnego klimatu. Hamblin w ogóle ma ciekawe poczucie humoru i nie szczędzi czytelnikowi nieco zgryźliwych żartów. W swojej pracy rozprawia się z wieloma teoriami guru medycyny alternatywnej, obnażając irracjonalność ich zapewnień. Nie pozostaje też dłużny wobec Vitaminwater, nadużywaniu multiwitamin czy lęku przed glutenem. Notabene w trakcie lektury myślałem sobie, że byłoby dobrze, gdyby ktoś w taki sposób rozprawił się z Jerzym Ziębą, a chwilę później dowiedziałem się o pozwie ze strony Dawida Ciemięgi. Co za wspaniały zbieg okoliczności!

James Habmlin porusza popularne wątpliwości dotyczące naszego ciała, ale dotyka też kwestii, o których raczej nie myślimy, choć są bardzo interesujące. Nie pamiętam już lektury, która by nauczyła mnie tylu nowych rzeczy, dając jednocześnie taką radość z poszerzania wiedzy! Zachęcam każdego, kto jest choć trochę zainteresowany ciałem człowieka i wszystkimi magicznymi procesami, które w nim zachodzą do przeczytania tej pozycji. Jest interesująca, omawia najprzeróżniejsze aspekty naszej anatomii, bawi i uczy. Wyśmienita mieszanka.

Tekst powstał we współpracy z wydawnictwem Marginesy.

P.S Można umrzeć od wyciskania pryszcza, kiedy żyły odprowadzające krew z nosa przeniosą infekcję bakteryjną (tym jest pryszcz) do części czaszki, którymi krew odpływa z mózgu i dojdzie do powstania zatoru w zatoce jamistej. Ale! Naprawdę rzadko dochodzi do takiej sytuacji i można ją łatwo wyleczyć dzięki antybiotykom.

środa, 6 czerwca 2018

Recenzja Long & Junior - Co ja Robię (NOWOŚĆ 2018)




Dzień dobry dziś przychodzę do was z recenzją piosenki Long & Junior - Co Ja Robię. Na poczontku musze powiedzieć, że lubię disco polo, bo można się fajnie bawić. Dlatego moja recenzja bendzie troche osobista więc mozecie się z nią nie zgadzać. Wasz wybór :)) Ale to nie tylko recenzja, bo intepretacja też!

Piosenka zaczyna się tak: 
Jesteś mą jedyną skarbie, do miłości trampoliną
Zakochałem się dziewczyno w Tobie, co ja robię 
Autorzy pewnie mieli na myśli, że chcą skakać po dziewczynie. Hehehe to oczywiście żart trochę zboczony :) Ten refren fajnie wpada ucho i nauczyłem się go na pamięc już jak ją usłyszałem pierwszy raz w radiu. Nie powiem jakim chyba, że mi zapłacom. No ale dobra. Mi by się podobał bardziej jakby się rymowało, ale tak też morze być. Chłopaki fajnie to śpiewają na teledysku i widać że się wczuwają. Wogule teledysk jest spoko, ładne panie i super pomysł! Ja bym takiego na pewno nie wymyślił

Kiedy chcę tańczyć z nią ona tańczy sama,
Codziennie wrzuca coś na instagrama,
Potrafi zepsuć każdą przygodę,
Nie przybija (Nie) piątek na zgodę
Ciągle obraża się na fejsie blokuje mnie
I godzinami przed lustrami może stroić się

To mi się podoba, że oni śpiewają o życiu bez kłamania że jest idealne. Bo nie jest!!! Wogule chyba pierwszy raz w życiu słyszę piosenkę w której śpiewająm o instagramie i Facebook a taka jest prawda że dziewczyny ciągle siedzom na tych telefonach i blokują nas jak się obrażą o byle co! I z dziewczynami nie możesz np jechać na rower jak z kolegami, bo zaraz muwi że jest zmęczona i chce się jej wracać. No i chyba nie musze nikomu mówić, że facet gdzieś idzie to w pieńć minut jest gotowy a dziewczyna to musi chyba z dwie godziny siedzieć w łazience. Brawo chłopaki za życiowe tekstY!

Zgadzam się z Zespołem SHOWMAN a z Szymon Szymon nie

I taka właśnie jest moja dziewczyna,
Co awanturą każdy dzień zaczyna,
Nie lubi sprzątać i nie gotuje,
A ja to wszystko wytrzymuje.
Koleżanki ma dwie, co wiedzą jak ściemniać mnie,
Gdy galeriami z zakupami ciągle włóczą się,
Ja na jej punkcie chyba zwariowałem,
Bo taką ją pokochałem!

Hehe, tutaj chyba trochę przesadzili no bo każdy dzień zaczynać awanturą się raczej nie da :p Ale nie wiem czemu śpiewają, że wytrzymują że ona nie sprząta i nie gotuje ?? No bo co to za kobieta! Fajna jest ta gra słów "sciemniać mnie", ale plebs nie zrozumie, sorrki :)) Ale ogulnie piosenka kończy się dobrze bo w końcu on ją kocha. Lubię takie życiowe piosenki o miłości i uważam, że nie ba prawdziwej imprezy bez nich . No to do zo na nastepnej immprezie?!!?

A i zapomniałem się zapytać czy się wam podoba ta pisenka ????
pzdr Kazimierz K.

wtorek, 3 kwietnia 2018

Mózg Superstar


Mózg. Każdy ma, nie każdy używa. To mi się oczywiście powiedziało bardzo metaforycznie, bo żebyśmy mogli funkcjonować, mózg musi być ciągle w ruchu. Ale nie o tym, o tym przecież wie każdy. Są jednak inne kwestie dotyczące naszego niezastąpionego narządu, które nas frapują, ale na które nie znamy odpowiedzi. Tu z pomocą przychodzi Kaja Nordengen – młoda badaczka i neurolog – ze swoją popularnonaukową pracą „Mózg rządzi" i robi z mózgu gwiazdę, bo naprawdę jest co podziwiać i poznawać. 

Publikacje popularnonaukowe mają to do siebie, że rozkładają skomplikowane sprawy na prostsze w zrozumieniu mechanizmy, uogólniając, bo chodzi o to właśnie, żeby odbiorca z grubsza miał pojęcie, o co chodzi. Szczegółami zajmują się naukowcy. Szarym zjadaczom chleba nie są potrzebne, a już na pewno nie są dla nich łatwe w zrozumieniu i przyswojeniu. Toteż „Mózg rządzi” jest książką, która w sposób przystępny omawia mechanizmy działania naszego najcenniejszego narządu. Imponuje zakres poruszanych tematów; od fizycznego rozwoju mózgu na przestrzeni lat przez to w jaki sposób powstają emocje i jak działa to na nas oraz otoczenie po tajniki tego, w jaki sposób przyswajamy wiedzę. Praca zawiera wnioski z najnowszych badań nad mózgiem, chociażby wyróżnionego Noblem odkrycia GPS mózgu. To cieszy, bo takie bycie na bieżąco z najnowszymi odkryciami daje mnóstwo satysfakcji.


Działanie mózgu to temat rzeka, o którym można by pisać w nieskończoność. Kaja Nordengen ogranicza się jednak do prostego języka, omawiając krótko, ale treściwie kolejne problemy, a podział treści na krótkie podrozdziały pozwala na wygodne dawkowanie sobie kolejnych stron. Prawda jest jednak taka, że jak już się zacznie czytać „Mózg rządzi”, trudno się oderwać od lektury. I to nie tylko ze względu na prosty styl i interesujące tematy. Autorka zabawia czytelnika, sypiąc żartami i anegdotami zarówno z życia znanych osób, jak i opowiadając o własnych przeżyciach. To się przekłada na szybkie nawiązanie sympatii z panią neurolog, tym bardziej, że zwraca się bezpośrednio do swojego czytelnika.

„Hjernen er stjernen” cieszyło się w swoim kraju wielką popularnością, co doskonale obrazuje atrakcyjność tej pozycji. Prócz podstawowej wiedzy o budowie i funkcjonowaniu mózgu potrzebnych do zrozumienia nurtujących kwestii, dowiemy się z książki Nordengen wielu ciekawostek dotyczących naszego niezastąpionego mózgu. Rozprawimy się z mitami, które chętnie mnożą się wokół tego tematu. I przede wszystkim zafundujemy sobie pożyteczną rozrywkę. Gorąco polecam!

Tekst powstał dzięki współpracy z wydawnictwem Marginesy.