Ariana | Blogger | X X

środa, 11 lipca 2018

Jak powiedzieć „spadaj, mała!” i nikogo nie urazić


Świadome używanie w rozmowie słów niezrozumiałych dla innych uważam zwykle za świństwo. To chwyt stosowany albo przez ludzi z niską samooceną, albo intelektualistów ze skłonnościami do wredoty (pozdrawiam niespełnionych humanistów jak ja). Gardzę tym chwytem, kiedy chce się ośmieszyć albo zmanipulować swojego rozmówcę.

No dobra, ale przerzucanie się agelastami czy prestidigitatorami to też sposób na wymagającą zabawę i okazja do przyszpanowania. Nigdy nie zapomnę, jak germanistka porównała czyjąś gestykulację przy tablicy do prestidigitatorskich sztuczek i zadowolona omiotła spojrzeniem klasę, która nie miała pojęcia czy się śmiać, czy święcie oburzyć. Gdybym był odważniejszy i bardziej zainteresowany życiem w tamtym momencie, pewnie bym im wyjaśnił, o co chodzi, ale ostatecznie siedziałem cicho (jak przez całą edukację gimnazjalną) i pozwoliłem tryumfować germanistce. W końcu należało się jej za te wszystkie lata.
Można też dzięki rzadko używanym wyrażeniom oszczędzić komuś przykrości albo szyderczo sobie z niego zakpić. Ech, język! Ech, intelektualiści!

Pisz na Berdyczów!


W dzisiejszych czasach — jeżeli ktoś jeszcze używa tego zwrotu — „Pisz na Berdyczów!” znaczy tyle właśnie co „spadaj!", „odwal się!”, „daj mi spokój!”. Pewnie można by używać go również jako synonim do „spiedalaj!” (błąd celowy), ale
a) kulturalni ludzie tak nie mówią
b) zwykły użytkownik języka woli formy prostsze a dobitniejsze.
Choć dla mnie, jakby się kto postarał, to i sam Berdyczów wymówiłby wulgarnie.

No i tu mógłbym skończyć ten tekst, ale nieproporcjonalność długości wstępu do reszty złamałaby mi serce, a zresztą losy tego wyrażenia są tak poplątane, że grzechem byłoby ich nie prześledzić. Tak więc...


Berdyczów jest obecnie miastem ukraińskim, ale wcześniej przez wieki należał do Rzeczpospolitej. Po tym jak miasto otrzymało od króla przywilej urządzania dziesięciu jarmarków rocznie (oszałamiająca liczba), stało się bardzo ważnym centrum handlu. W związku z tym każdy szanujący się kupiec bywał w Berdyczowie dość często. Przedstawicieli tej profesji trudno było wówczas namierzyć, gdyż wędrowali z miejsca na miejsce, wiedziano jednak, że prędzej czy później będą zmuszeni zahaczyć o Berdyczów. Dlatego właśnie na tamtejszy urząd pocztowy nadawano przesyłki, po wcześniejszej prośbie „pisz do mnie na Berdyczów!”. Był to łatwy i skuteczny sposób komunikacji.

Z czasem jednak znaczenie tego powiedzenia zaczęło ulegać zmianie, pewnie na skutek długiego czasu oczekiwania na odpowiedź i pisanie na Berdyczów nie kojarzyło się już z pewnością wymiany informacji a bardziej z próbą spławienia interesanta. Na odczytanie listu trzeba było bowiem poczekać przynajmniej 2-3 miesiące. To niesamowite, że pozytywne skojarzenie może nabrać zgoła odmiennego wydźwięku!

Współcześnie to wyrażenie przypadło do gustu dziennikarzom, którzy tytułują nim swoje artykuły dotyczące jakichś nieprawidłowości w działaniu poczty, skutkujących wydłużeniem czasu oczekiwania na przesyłkę. Pewnie gdyby „Pisz na Berdyczów!” było wciąż żywe w mowie, zmieniłoby po raz kolejny swoje znaczenie, wątpię jednak, by do tego kiedykolwiek doszło.


Jeżeli chodzi o mnie, tylko raz słyszałem, żeby ktoś użył tego wyrażenia. Akurat siedziałem w pierwszej ławce na historii, a mieliśmy omówienie i poprawę sprawdzianu. Naturalnie w połowie lekcji do biurka ustawił się sznur uczniów, którzy doliczyli się więcej punktów niż nauczyciel. No i zawsze chodziło o zadania zamknięte, gdzie okazywało się, że historyk „chyba wziął pod uwagę odpowiedź a), ja przecież a) przekreśliłam i zaznaczyłam poprawną odpowiedź na sprawdzianie”. Sytuacja powtarzała się z każdym, kto dobił do biurka, ale nauczyciel nie wytrzymał, kiedy ktoś tam podszedł do niego po raz drugi. Wziął sprawdzian do ręki, schował do swojej teczki i powiedział:
— Pisz na Berdyczów!
Odeszło od biurka rozeźlone dziecko, któremu zabrakło jednego punktu do wyższej oceny, a ja po raz pierwszy i ostatni (jak dotąd) usłyszałem, żeby ktoś użył tego zwrotu.

Pisząc, pożytkowałem się wiedzą z Wikipedii i „Co w mowie piszczy?” Katarzyny Kłosińskiej.
P.S Historyk opracował metodę, która nie dopuszczała już oszustw. Zakreślał wielkim, czerwonym minusem odpowiedź a), czy tam inną zaznaczoną i wiadomo było, kto jakiej udzielił :)

poniedziałek, 2 lipca 2018

Znowu przeczytałem biografię celebryty

Chwalisz się czy żalisz?
To pewnie wasza pierwsza myśl.
Ale od początku.
Wyłapałem ostatnio w odmętach Internetu (wciąż jest on dla mnie rzeczownikiem własnym) promocję, na którą dałby się nabrać każdy nałogowy czytacz: piętnaście książek za niecałych sześćdziesiąt złotych. Nie powinienem być zdziwiony, kiedy już otworzyłem pudło z księgarni i zobaczyłem mieszaninę harlequinów, tanich kryminałów i biografii celebrytów. A jednak byłem. Szybko dokonałem podziału na to, co da się czytać i na to, co schować gdzieś na dnie biblioteczki; palić ani oddawać tych szkarad nie chciałem, bo mimo wszystko to moje –– choć ohydne — dzieci. Na pierwszej kupce jakiś reportaż o Rosji i biografia Michała Piróga, o drugiej nie wspomnę, skwitujmy to milczeniem.


Pomyślałem, „Czemu nie, mogę dziabnąć trochę tej biografii". A to dlatego, że ujęła mnie dedykacja, którą przytaczam:

Książkę dedykuję wszystkim, którzy z powodu poglądów politycznych, wyznania, koloru skóry czy orientacji seksualnej muszą każdego dnia udawać kogoś, kim nie są. Życzę Wam, żeby nadszedł taki dzień, w którym każdy z Was poczuje się w pełni wolny.

Koniec cytatu. Kto może dedykować książkę o sobie do takich ludzi, jeżeli nie człowiek, który z jakichś powodów jest inny i tę swoją inność nosi jak Jedi świetlny miecz?*
Szczerze, niewiele na temat Piróga wiedziałem, prócz tego, że mignął mi parę razy w programach TVN-u. No więc zaciekawiony zacząłem lekturę, a ta od początku wciągnęła mnie głównie ze względu na lekkość przekazu. Michał mówi o sobie, jakby akurat prowadził z nami rozmowę, czasami jego wypowiedź przerywana jest kwestiami osób z otoczenia. Dlatego tak przyjemnie się ją czyta: wystarczy siąść i słuchać. Nie wymaga to od nas zbyt wielkiego wysiłku.

Ale ta lekkość przypłacona jest spłyceniem życiorysu naszego obiektu zainteresowań. Poznajemy go z jednej perspektywy, wypowiedzi bliskich są przytaczane wyłącznie w celu podtrzymania zbudowanego/narzuconego już sposobu postrzegania, wszystkie są do siebie bliźniaczo podobne. Bo ja bym najchętniej wszystkie biografie dał do zrobienia Grzebałkowskiej, no ale a) Grzebałkowska wszystkich nie opisze b) celebrytom nie zależy na szczegółowej, fascynującej biografii, która sprowokuje do myślenia. Taki ze mnie już idealista i wierzę, że każdy z nas ma niesamowicie interesujące życie, może swoim postępowaniem zmienić coś w postrzeganiu świata u innych. No i tutaj się raczej nie mylę. Ale nie wszystkim zależy, żeby to pokazać, a już na pewno nie gwiazdom, dla których taka lekka biografia to okazja do połechtania ego i zarobku.


A skoro o łechtaniu ego, to muszę zauważyć, że nieważne jak bardzo starałby się przedmiot biografii (niekoniecznie Piróg, to dotyczy wszystkich tego typu produktów) zawsze znajdzie się taki fragment rozmowy, który zabrzmi trochę samochwalstwem. Mnie szczególnie mocno w pamięci utkwiły te słowa:

Z Oshrinem dobraliśmy się pod każdym względem. Fizycznym też. Uwielbiałem się z nim kochać. Kiedy po rozłące z powrotem znalazłem się w naszym izraelskim mieszkaniu, od progu zaczęliśmy się całować. I nagle poczułem, że Oshrin już doszedł, mimo że dopiero się witaliśmy. To było wspaniałe uczucie. Dowód na to, jak bardzo mnie pragnął.

Tak, wszyscy cenią sobie otwartość i szczerość, ale właściwie co biografowany chciał nam przekazać w ten sposób? Czy tylko pokazać miłość swojego partnera, którą i tak podkreśli w rozmowie jeszcze wielokrotnie? Proszę zauważyć, że prowokuję czytelników do myślenia! Miałem jeszcze ponarzekać na to, że od pewnego momentu biografia porusza się tylko po temacie homoseksualizmu, nawet rozdziały są podzielone według poszczególnych partnerów, ale doszedłem do wniosku, że w końcu miłość to bardzo absorbujący naszą codzienność czynnik, więc nie mam się do czego przyczepiać. A od serca dodam, że młodość Michała Piróga jest naprawdę interesująca, szczególnie spodobała mi się jego brawura, działanie pod wpływem impulsów i bezczelność. Takich ludzi bardzo lubię i szanuję.

Co jeszcze czyni biografie celebrytów takimi pociągającymi? To, że możemy choć na chwilę skosztować ich życia. I bynajmniej nie jest to rzeczywistość, w której trzeba się hamować z kupowaniem książek, żeby przetrwać kolejny miesiąc. To też możliwość wysłuchania kolejnej historii człowieka, który z pucybuta stał się milionerem, dzięki swojej determinacji i wierze w spełnienie marzeń. Jest to z pewnością zaspokojenie jakiejś naszej wewnętrznej potrzeby na przeżywanie takich losów, bo wierzymy, że jeżeli innym się udało, to tak samo będzie z nami. Nawet jeżeli nie robimy nic, by nasze ambicje i marzenia spełniać.

Nie mam oczywiście Michałowi Pirógowi za złe tego, że postanowił sprzedać nam taki jednostronny i spłycony obraz siebie. Przytoczył parę anegdot, powiedział coś od serca, zapewnił mi rozrywkę na kilka wieczorów, a tekst został świetnie zredagowany — to wystarczy, żeby „Chcę żyć" spełniło swoje zadanie, jakim jest zainteresowanie odbiorcy. Swoją drogą trochę to dziwny tytuł dla biografii, jakby ktoś zabraniał Pirógowi żyć albo jakby był to jakiś manifest samobójcy po kilku próbach. Jak dla mnie niepotrzebne nadęcie.


Chciałem, żeby ten tekst nie był tylko i wyłącznie recenzją, ale żeby spojrzał też szerzej na popularne zjawisko wydawania biografii gwiazd. Mam nadzieję, że mi się udało, a czułbym się jeszcze lepiej, gdyby zrodził w was jakąkolwiek myśl (niekoniecznie, że jestem debilem etc.).
___
* Jest to cytat z piosenki „Ej Maria"
P.S. Edytor tekstu ciągle podkreśla mi słowo „celebrytów" i zastanawiam się, dlaczego tak jest. Wydaje mi się, że to już całkiem dobrze przyswojone w języku polskim określenie. Intrygujące!

sobota, 30 czerwca 2018

Agroturystyka w Żmijowisku

„Żmijowisko", Wojciech Chmielarz, wyd. Marginesy, 2018

Obiecałem sobie, że nie powiem ani słowa na temat warstwy psychologicznej całej opowieści, bo ten temat przewija się w każdej opinii, jednak jest to thriller psychologiczny, więc trudno to przemilczeć, tym bardziej, że Chmielarz jest bardzo dobrym obserwatorem. Powołuje do życia postacie ciekawe i bardzo skomplikowane, każdą z nich obdarzając rozbudowanym portretem psychologicznym. Dla mnie szczególnie interesującymi kreacjami są postaci Marry, Damiana i Arka. Autor pozwala nam poznać ich zachowania w różnych okolicznościach. Nie stroni od konfrontowania ich z ekstremalnym sytuacjami. Mamy do czynienia z osobami tak różnymi, że ciężko podzielić ich na tych złych i dobrych. Budowanie relacji z innymi bohaterami, ich myśli oraz zachowania są przedmiotem analiz nie tylko narratora, ale i czytelnika, który w trakcie lektury jest stale pobudzany do refleksji nad wieloma zagadnieniami. To czyni „Żmijowisko" lekturą wyczerpującą ze względu na zaangażowanie w opisywane zdarzenia, przeżywanie ich na równi z bohaterami. Aktywny udział w akcji dodaje książce atrakcyjności i sprawia, że nie zapomnimy o powieści jeszcze na długo po odłożeniu jej na półkę.

Nie bez powodu akcja osadzona jest głównie w niewielkim Żmijowisku. To pozwala autorowi na budowanie specyficznej atmosfery, która powstaje na wskutek połączenia współczesnej, sielankowej wsi i baśniowości skrytej w otaczających miejscowość jeziorach oraz gęstych lasach. Ta niesamowitość jest z początku niezauważalna, odkrywana jest z biegiem historii, która zaczyna robić się coraz bardziej tajemnicza i niepokojąca. Fabuła początkowo mocno osadzona we współczesnych realiach pod koniec tę rzeczywistość rozmazuje, w powietrzu można wyczuć niepokój, w pewnej scenie autor zaprzęga nawet siły nadnaturalne, ale udaje mu się to zrobić w sposób nie wzbudzający litości czy zażenowania. Zakończenie książki, czyli wyjaśnienie całej historii, tylko wzmaga poczucie grozy i niepewności, zostawiając czytelnika z poczuciem uczestnictwa w niesamowitych zdarzeniach.

A sama historia? To narzędzie do stawiania bohaterów w różnych sytuacjach, jest ważna, ale nie stoi na pierwszym miejscu. Jak na thriller zresztą nie rozwija się w zawrotnym tempie, ma tendencję do rozwidlania się na mniejsze – ale niemniej interesujące – wątki poboczne. Trzeba jednak przyznać, że po scenie, w której dochodzi do konfrontacji ojca Damiana z własnym synem oraz Marry, akcja zaczyna pędzić coraz szybciej w kierunku finału, który, jak na thriller psychologiczny przystało, wzbudza dreszcz emocji i szokuje. I kiedy czytelnik czuje się już bezpiecznie, pogodzony z rozwiązaniem, Wojciech Chmielarz znów zaskakuje i wbija swojego odbiorcę w fotel. Zwieńczenie tej historii to prawdziwy majstersztyk, który nie tylko szarga emocjami czytelnika, ale pozostawia go jeszcze z wieloma pytaniami, na które sam musi sobie odpowiedzieć. Gdybym miał opisać tę lekturę jedynym zdaniem, brzmiałoby tak: „Żmijowisko" przykuwa interesującą galerią postaci, analizą ich osobowości i niepowtarzalnym klimatem, tym samym fundując rozrywkę na najwyższym poziomie. Polecam gorąco!

Tekst powstał we współpracy z wydawnictwem Marginesy.

czwartek, 21 czerwca 2018

Czy naprawdę mogę umrzeć, wyciskając pryszcza na nosie?


Gdyby nasze ciało potrafiło mówić, to byłby to długi monolog o tym, co robimy źle, bo – taka mnie błyskotliwa refleksja naszła podczas lektury – człowiek ma patologiczną potrzebę/zdolność do autodestrukcji, chociaż wydaje mu się, że robi dla siebie wszystko co najlepsze. A ponadto ma talent do tworzenia naprawdę dziwnych problemów

Dlaczego drapanie się jest takie przyjemne? Ile trzeba spać? Czemu seks u ludzi wygląda, jak wygląda? I dlaczego nie istnieje viagra dla kobiet? Czy obcisłe spodnie mogą zabić? Czy można sobie zrobić dołeczki w policzkach? Czy naprawdę można umrzeć od wyciskania pryszcza na nosie? James Hamblin, lekarz i dziennikarz, tłumaczy zawiłości anatomii i fizjologii, rozprawia się z popularnymi mitami dotyczącymi zdrowia i demaskuje marketingowe oszustwa firm producentów suplementów i zdrowej żywności. A wszystko to w przystępny, zabawny i wciągający sposób – w końcu odpowiada także na pytanie: Na czym polega uzdrawiająca moc śmiechu?

Książka ta klasyfikowana jest jako podręcznik akademicki lub powieść popularnonaukowa, w rzeczywistości jednak przypięcie jej gatunkowej łatki wcale nie jest takie łatwe. To dlatego, że choć James Hamblin trzyma się biologicznej tematyki, bardzo płynnie porusza się też w innej (ale powiązanej) problematyce. Okazuje się, że nasze anatomiczne sekrety mają duży wpływ na kształt społeczeństwa, przemiany w jego obrębie i nawet na bieg historii, co teraz wydaje mi się oczywiste, ale wcale takie nie było przed lekturą książki. A autor z lekkością i wielką radością przybliża nam te zależności, uzmysławia silne powiązania historii z biologią, co mnie niezmiernie fascynuje. Choć zdarzały się momenty, kiedy kontekst historyczny był przybliżany nazbyt szczegółowo, stawał się nużąco długi. Ale to sporadyczne przypadki. W zdecydowanej większości było to ciekawe urozmaicenie treści, tym bardziej, że Hamblin jest naprawdę interesującym mówcą/pisarzem.

Jedna z wielu ilustracji |źródło|

Bardzo przypadła mi do gustu forma książki, wydanie jest bardzo estetyczne i solidne, Marginesy znów nie zawodzą. Konstrukcja podtytułów nasuwała mi skojarzenia z wyszukiwaniami w Google, autor nieraz wykorzystywał je w sposób humorystyczny, są także narzędziem do budowania luźnego klimatu. Hamblin w ogóle ma ciekawe poczucie humoru i nie szczędzi czytelnikowi nieco zgryźliwych żartów. W swojej pracy rozprawia się z wieloma teoriami guru medycyny alternatywnej, obnażając irracjonalność ich zapewnień. Nie pozostaje też dłużny wobec Vitaminwater, nadużywaniu multiwitamin czy lęku przed glutenem. Notabene w trakcie lektury myślałem sobie, że byłoby dobrze, gdyby ktoś w taki sposób rozprawił się z Jerzym Ziębą, a chwilę później dowiedziałem się o pozwie ze strony Dawida Ciemięgi. Co za wspaniały zbieg okoliczności!

James Habmlin porusza popularne wątpliwości dotyczące naszego ciała, ale dotyka też kwestii, o których raczej nie myślimy, choć są bardzo interesujące. Nie pamiętam już lektury, która by nauczyła mnie tylu nowych rzeczy, dając jednocześnie taką radość z poszerzania wiedzy! Zachęcam każdego, kto jest choć trochę zainteresowany ciałem człowieka i wszystkimi magicznymi procesami, które w nim zachodzą do przeczytania tej pozycji. Jest interesująca, omawia najprzeróżniejsze aspekty naszej anatomii, bawi i uczy. Wyśmienita mieszanka.

Tekst powstał we współpracy z wydawnictwem Marginesy.

środa, 6 czerwca 2018

Recenzja Long & Junior - Co ja Robię (NOWOŚĆ 2018)




Dzień dobry dziś przychodzę do was z recenzją piosenki Long & Junior - Co Ja Robię. Na poczontku musze powiedzieć, że lubię disco polo, bo można się fajnie bawić. Dlatego moja recenzja bendzie troche osobista więc mozecie się z nią nie zgadzać. Wasz wybór :)) Ale to nie tylko recenzja, bo intepretacja też!

Piosenka zaczyna się tak: 
Jesteś mą jedyną skarbie, do miłości trampoliną 
Zakochałem się dziewczyno w Tobie, co ja robię 
Autorzy pewnie mieli na myśli, że chcą skakać po dziewczynie. Hehehe to oczywiście żart trochę zboczony :) Ten refren fajnie wpada ucho i nauczyłem się go na pamięc już jak ją usłyszałem pierwszy raz w radiu. Nie powiem jakim chyba, że mi zapłacom. No ale dobra. Mi by się podobał bardziej jakby się rymowało, ale tak też morze być. Chłopaki fajnie to śpiewają na teledysku i widać że się wczuwają. Wogule teledysk jest spoko, ładne panie i super pomysł! Ja bym takiego na pewno nie wymyślił

Kiedy chcę tańczyć z nią ona tańczy sama, 
Codziennie wrzuca coś na instagrama, 
Potrafi zepsuć każdą przygodę, 
Nie przybija (Nie) piątek na zgodę 
Ciągle obraża się na fejsie blokuje mnie 
I godzinami przed lustrami może stroić się

To mi się podoba, że oni śpiewają o życiu bez kłamania że jest idealne. Bo nie jest!!! Wogule chyba pierwszy raz w życiu słyszę piosenkę w której śpiewająm o instagramie i Facebook a taka jest prawda że dziewczyny ciągle siedzom na tych telefonach i blokują nas jak się obrażą o byle co! I z dziewczynami nie możesz np jechać na rower jak z kolegami, bo zaraz muwi że jest zmęczona i chce się jej wracać. No i chyba nie musze nikomu mówić, że facet gdzieś idzie to w pieńć minut jest gotowy a dziewczyna to musi chyba z dwie godziny siedzieć w łazience. Brawo chłopaki za życiowe tekstY!

Zgadzam się z Zespołem SHOWMAN a z Szymon Szymon nie

I taka właśnie jest moja dziewczyna, 
Co awanturą każdy dzień zaczyna, 
Nie lubi sprzątać i nie gotuje, 
A ja to wszystko wytrzymuje.
Koleżanki ma dwie, co wiedzą jak ściemniać mnie,
Gdy galeriami z zakupami ciągle włóczą się, 
Ja na jej punkcie chyba zwariowałem, 
Bo taką ją pokochałem!

Hehe, tutaj chyba trochę przesadzili no bo każdy dzień zaczynać awanturą się raczej nie da :p Ale nie wiem czemu śpiewają, że wytrzymują że ona nie sprząta i nie gotuje ?? No bo co to za kobieta! Fajna jest ta gra słów "sciemniać mnie", ale plebs nie zrozumie, sorrki :)) Ale ogulnie piosenka kończy się dobrze bo w końcu on ją kocha. Lubię takie życiowe piosenki o miłości i uważam, że nie ba prawdziwej imprezy bez nich . No to do zo na nastepnej immprezie?!!?

A i zapomniałem się zapytać czy się wam podoba ta pisenka ????
pzdr Kazimierz K.

wtorek, 3 kwietnia 2018

Mózg Superstar


Mózg. Każdy ma, nie każdy używa. To mi się oczywiście powiedziało bardzo metaforycznie, bo żebyśmy mogli funkcjonować, mózg musi być ciągle w ruchu. Ale nie o tym, o tym przecież wie każdy. Są jednak inne kwestie dotyczące naszego niezastąpionego narządu, które nas frapują, ale na które nie znamy odpowiedzi. Tu z pomocą przychodzi Kaja Nordengen – młoda badaczka i neurolog – ze swoją popularnonaukową pracą „Mózg rządzi" i robi z mózgu gwiazdę, bo naprawdę jest co podziwiać i poznawać. 

Publikacje popularnonaukowe mają to do siebie, że rozkładają skomplikowane sprawy na prostsze w zrozumieniu mechanizmy, uogólniając, bo chodzi o to właśnie, żeby odbiorca z grubsza miał pojęcie, o co chodzi. Szczegółami zajmują się naukowcy. Szarym zjadaczom chleba nie są potrzebne, a już na pewno nie są dla nich łatwe w zrozumieniu i przyswojeniu. Toteż „Mózg rządzi” jest książką, która w sposób przystępny omawia mechanizmy działania naszego najcenniejszego narządu. Imponuje zakres poruszanych tematów; od fizycznego rozwoju mózgu na przestrzeni lat przez to w jaki sposób powstają emocje i jak działa to na nas oraz otoczenie po tajniki tego, w jaki sposób przyswajamy wiedzę. Praca zawiera wnioski z najnowszych badań nad mózgiem, chociażby wyróżnionego Noblem odkrycia GPS mózgu. To cieszy, bo takie bycie na bieżąco z najnowszymi odkryciami daje mnóstwo satysfakcji.


Działanie mózgu to temat rzeka, o którym można by pisać w nieskończoność. Kaja Nordengen ogranicza się jednak do prostego języka, omawiając krótko, ale treściwie kolejne problemy, a podział treści na krótkie podrozdziały pozwala na wygodne dawkowanie sobie kolejnych stron. Prawda jest jednak taka, że jak już się zacznie czytać „Mózg rządzi”, trudno się oderwać od lektury. I to nie tylko ze względu na prosty styl i interesujące tematy. Autorka zabawia czytelnika, sypiąc żartami i anegdotami zarówno z życia znanych osób, jak i opowiadając o własnych przeżyciach. To się przekłada na szybkie nawiązanie sympatii z panią neurolog, tym bardziej, że zwraca się bezpośrednio do swojego czytelnika.

„Hjernen er stjernen” cieszyło się w swoim kraju wielką popularnością, co doskonale obrazuje atrakcyjność tej pozycji. Prócz podstawowej wiedzy o budowie i funkcjonowaniu mózgu potrzebnych do zrozumienia nurtujących kwestii, dowiemy się z książki Nordengen wielu ciekawostek dotyczących naszego niezastąpionego mózgu. Rozprawimy się z mitami, które chętnie mnożą się wokół tego tematu. I przede wszystkim zafundujemy sobie pożyteczną rozrywkę. Gorąco polecam!

Tekst powstał dzięki współpracy z wydawnictwem Marginesy.

sobota, 17 marca 2018

Małżeństwo i syf na biurku. Tu pomoże tylko informatyka


Algorytmy – brzmi mądrze (wielu to odpycha) i kojarzy się z tą ciemną mocą, która ucina zasięgi w mediach. Budzą też skojarzenie z matematyką, udręką wielu, dlatego to pojęcie nie cieszy się szczególną sympatią wśród zwykłych zjadaczy chleba, brzmi chłodno i obco. Ale w rzeczywistości są to po prostu ciągi pewnych działań prowadzące do rozwiązania (lub wykazania nierozwiązalności) postawionych problemów. I nie, nie muszą być to zagwozdki z kosmosu, bo algorytmy pomogą rozwiązać ci trudności związane z codziennością. Sami z wielu algorytmów korzystamy nieświadomie. Wystarczy spojrzeć na swoje biurko zawalone papierami. Wygląda jak nieokiełznany chaos, ale w rzeczywistości jest to bardzo wydajny sposób sortowania. Dziwne? Nieintuicyjne.

„Algorytmy. Kiedy mniej myśleć” można traktować dwojako: trochę jak kolejny poradnik mówiący nam, jak mamy żyć, żeby z tej marnej egzystencji wyciągnąć wszystko najlepsze i jako fascynującą książkę, której celem jest pokazanie czytelnikowi, ile korzyści może czerpać ze znajomości algorytmów oraz z ich wykorzystania na co dzień. Ta praca różni się od poradnika z listy bestsellerów brakiem motywacyjnego, nacechowanego emocjonalnie stylu, bo nie zależy jej na tym, żeby przekupić odbiorcę miłymi słowami. Po prostu proponuje mu korzystne rozwiązania i jeśli czytelnik zechce z nich skorzystać, najzwyczajniej to zrobi. Autorzy wierzą w jego inteligencję. W tej pozycji nie spotka się też rad bez pokrycia, bo wszystkie biorą się z algorytmów, które czarno na białym wykazują wydajność wskazań. Czytelnik raz po raz zaskakiwany jest tym, jak wiele z naszym życiem mają wspólnego procedury programistyczne.


Algorytmy nie tylko podpowiadają najlepsze decyzje, ale także udowadniają, że nasza intuicja nie zawsze idzie w parze z wydajnością. Autorzy przytaczają liczne sytuacje, kiedy racjonalne – z naszego punktu widzenia – zachowania wcale nie są dobre. Dlatego z lekturą „Algorytmów...” wiążą się ciągłe zainteresowanie i zaskoczenie. Czytelnik zaczyna coraz więcej myśleć, zauważać analogie między pracą komputera a życiem i sprawia mu to niesamowitą przyjemność. Zadowolenie z lektury jest tym większe, że zawiera liczne przykłady zastosowań algorytmów na innych polach niż informatyka (na przykład segregowanie książek w największych bibliotekach świata wiąże się właśnie z wykorzystaniem algorytmów), anegdoty i jest pisana prostym językiem. Tom Griffiths i Brian Christian są informatykami z wieloletnim stażem, dlatego potrafią podejść do odbiorcy nieorientującego się w temacie w taki sposób, żeby mógł wszystko zrozumieć. Bez niepotrzebnych komplikacji.

Przyznaję, że z początku obawiałem się tej książki. Czy na pewno ją zrozumiem? Czy algorytmy mają sensowne zastosowanie poza informatyką? Autorom udało rozwiać się moje wątpliwości i jednocześnie wzbudzić zainteresowanie tą tematyką. Zastosowanie algorytmów w codziennym życiu może zwiększyć wydajność naszych działań. Bynajmniej nie polega to na ciągłym majstrowaniu przy kalkulatorze i skomplikowanych obliczeniach. Jest to o wiele łatwiejsze, niż podpowiada nam intuicja. Chociaż pierwsze strony „Algorytmów...” wcale nie prezentują się interesująco, przebrnijcie przez nie, bo później zaczyna się robić naprawdę ciekawie. Mnie książka przypadła do gustu, pomimo że matematyka i informatyka nie leżą w kręgu moich zainteresowań. Jestem przekonany, że spodoba się także tobie!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję
P.S Nie segregujcie/porządkujcie mailów. Algorytmy udowadniają, że to marnotrawstwo czasu.

środa, 14 lutego 2018

Agnieszka Osiecka o miłości

Agnieszka Osiecka to jedna z najwybitniejszych postaci polskiej kultury, osoba wyrazista, uwielbiana przez miliony, czerpiąca z życia garściami, wzbudzająca kontrowersje i wiele różnych wspomnień. Kochała wiele razy, więc śmiało można stwierdzić, że mało kto znał miłość tak dobrze, jak ona. Pisała o uczuciu głębokim oraz trudnym do opisania w sposób rozczulający i prosty. Dzisiaj, gdy o zakochaniu śpiewa każda gwiazda disco-polo, warto przypomnieć sobie jej słowa, by na nowo nadać miłości głębię.

„Przyjaciele moi i przyjaciółki! Nie odkładajcie na później ani piosenek, ani egzaminów, ani dentysty, a przede wszystkim nie odkładajcie na później miłości. Nie mówcie jej: przyjdź jutro, przyjdź pojutrze, dziś nie mam dla ciebie czasu. Bo może się zdarzyć, że otworzysz drzwi, a tam stoi zziębnięta staruszka i mówi: «Przepraszam, musiałam pomylić adres…» I pstryk, iskierka gaśnie.”

Wybitna poetka nie doświadczyła w dzieciństwie miłości od powściągliwej matki, a jej ojciec był osobą nad wyraz surową. Wielu twierdzi, że z tego powodu Agnieszka czuła się wyobcowana, samotna i była głodna miłości. Czy to prawda? Wiadomo, że przez całe życie łaknęła najpiękniejszego z uczuć, nie szczędząc sobie chwil radości i gorzkich dni rozczarowań, smutku. Jej pierwszą miłością był wybitny twórca, o którym pisała tak: „Twarz rozgrymaszonego bachora, figura cowboya, ręce Madonny. Wyższy był od naszego pokolenia o pół głowy. A ja przy nim jak mysz polna.”

„Czy te oczy mogą kłamać? Chyba nie!
Czy ja mógłbym serce złamać? I te pe...
Gdy się farsa zmienia w dramat, nie gnam w kąt.
Czy te oczy mogą kłamać? Ależ skąd!”

Piękni, dwudziestoletni, zakochani po uszy. Marek Hłasko, bo o nim mowa, często odwiedzał ją w mieszkaniu na Saskiej Kępie, co nie podobało się ojcu artystki. Wreszcie wyemigrował, nie pozwolono mu potem na powrót. Słał do Osieckiej rozpaczliwe listy, pisał o miłości i prosił o jej przybycie. Nie dostała pozwolenia. W tym przypadku Hłasko zaproponował ślub przez pośrednika.  „Ale gdy się zgodziłam, wystawił mnie do wiatru. Po prostu przestał pisać.” – wspominała artystka. Po Hłasce została maszyna do pisania, która stała na biurku do końca życia Osieckiej.

„Rozumiem, że można kogoś uwieść i zawieść, można się z kimś rozwieść, można kogoś porzucić, ale nie wolno go uszkadzać. Takie przestępstwa powinny być karane z całą surowością prawa. Jeżeli na paczkach ze szkłem pisze się Uwaga: szkło, to czemuż na paczce, w której mieści się nasze serce, nie miałoby być napisu Uwaga: drugi człowiek?”

wtorek, 6 lutego 2018

Kiedy uciekacie z domu, bo ona jest wariatką, a ty chcesz ją zabić


„Jestem James. Mam siedemnaście lat. Sądzę, że jestem psychopatą” – to prawdopodobnie pierwsze słowa, związane z tym serialem, jakie usłyszeliśmy. Na wszystkich poszukujących czegoś nowego w serialach podziałały jak płachta na byka. „The end of the f***ing world” rzeczywiście jest powiewem świeżości w netfliksowych propozycjach i chciałem napisać recenzję, czy coś do niej podobnego, ale zrobili to już ludzie znający się na rzeczy, a nawet blogerki modowe, więc ja bym się wolał skupić na tym, dlaczego James i Alyssa tak łatwo zaskarbili sobie sympatię rzeszy widzów. Bo trzeba przyznać, że to dość oryginalny duet.

Nie patrzą na konsekwencje


Tego, że robią, co chcą, nie patrząc na konsekwencje, chyba najbardziej można im zazdrościć. W prawdziwym życiu każda nasza decyzja zdeterminowana jest przyszłymi skutkami, jakie ze sobą niesie. Nie kopniesz wkurzającej nauczycielki, bo będzie ci dopieprzała na każdej lekcji aż skończysz z dwóją na koniec. Trochę to smutne, że musimy przestrzegać wszystkich tych norm społecznych i etycznych, ale bez tych ograniczeń świat pochłonęłaby anarchia i wszyscy byśmy wyginęli. Za to James i Alyssa (z naciskiem na nią) robią podobne rzeczy bez zastanowienia. Wystarczy choćby przypomnieć sobie poniższą scenę w restauracji. Główni bohaterowie dokonują to, czego my nie możemy, choć czasami byśmy chcieli. To zbliża.


Jak widać, bohaterowie mówią, co myślą, nawet jeżeli przez to stają się zwykłymi chamami. Już słyszę te wszystkie głosy: hurr-durr, ale jak to promować takie zachowania, co za młodzież, co za Ameryka! No ale czy nie marzy się nam od czasu do czasu rzucić mięsem, pokazać co się o tym wszystkim myśli? No pewnie, że tak, ale czegokolwiek byśmy nie zrobili, ciągną się za nami konsekwencje. W serialu James i Alyssa też muszą odpowiedzieć za wszystko, czego się dopuścili, ale przychodzi na to pora dopiero w ostatnim odcinku, więc przez ponad dwie godziny możemy grzeszyć, ile chcemy. I dzięki temu możemy przeżyć pewnego rodzaju oczyszczenie z tego, co w sobie tłamsimy, żeby potem wrócić do naszego nudnego życia, ale bez frustracji, która gdzieś tam narastała.

Kocham ich!

Skomplikowani i prawdziwi


Na pierwszy rzut oka to dziwacy, których ekscentrycznych zachowań nie możemy zrozumieć. Ale wraz z rozwojem akcji dowiadujemy się o nich coraz więcej, poznajemy ich skomplikowane historie, pogłębiając całkiem ciekawe portrety psychologiczne. Borykają się z różnymi problemami, jedne są ważne i silnie wpływają na to, jakimi są ludźmi, inne skupiają się na przykład na wkurzającym ojcu (którzy rodzice nie są wkurzający?), niemniej jednak z każdym z nich może utożsamić się mniejsza lub większa grupa odbiorców. To sprzyja nawiązywaniu sympatii z postaciami fikcyjnymi. James wydawał się momentami odpychający i niezrozumiały, ale kiedy dowiadujemy się o tym, jakie tragiczne wydarzenie zdominowało jego wspomnienia z dzieciństwa, patrzymy na niego całkiem inaczej. Kradnie kawałek naszego serca, a my jeszcze silniej zaczynamy mu dopingować, wspólnie przeżywamy trudności i radości. W ten sposób serial porusza uniwersalną problematykę, ale małymi dawkami, żeby nie popaść w patos.

Porąbani i zabawni


To co James i Alyssa wyprawiają w tym niewiele ponad dwugodzinnym serialu pozwala jednoznacznie zaklasyfikować ich jako bohaterów porąbanych. Wymykają się wielu schematom, choć nie wszystkim na przykład wiele osób zarzuca sztampę wątkowi miłosnemu, czemu się nie dziwię, bo o miłości powiedziano i pokazano już chyba wszystko. To naprawdę fajne, że odpalając kolejny dwudziestominutowy odcinek, nie masz pewności, czego możesz się spodziewać po tej parze. Często działają pod wpływem impulsu, a ich nieprzemyślane decyzje są proporcjonalne do naszego WTF?! i szybszego bicia serca. Dodatkowe okraszenie tego wszystkiego celnym czarnym humorem jest zabiegiem bardzo pociągającym zwłaszcza dla młodzieży, w której serca coraz częściej wkrada się cynizm. Śmiech zawsze był dobrym sposobem na radzenie sobie z przytłaczająca rzeczywistością, a James i Alyssa robią to umiejętnie i ze smakiem.

Piękni i młodzi


Główni bohaterowie mają po siedemnaście lat, ale, co ciekawe, w ich role wcielają się dwudziestodwuletni Alex Lawther i dwudziestopięcioletnia Jessica Barden. Gdybym nie sprawdził, w życiu bym nie uwierzył. Skoro już mowa o tym, dlaczego ta szalona para tak łatwo zaskarbiła sobie naszą sympatię, nie można pominąć faktu, że James jest nieziemsko przystojny, a Alyssa odznacza się ciekawym typem urody. Nie ma się co oszukiwać, zawsze bardziej lubiliśmy bohaterów przyjemniejszych dla oka, choć byłbym nie fair, gdybym wszystko sprowadzał tylko do wyglądu. Aparycja to najmniej ważny element całej tej wyliczanki.

Myślę, że udało mi się z grubsza określić powody naszej sympatii dla tej pokręconej dwójki. Teraz chętnie dowiem się, za co szczególnie ich polubiliście. I koniecznie dajcie znać, co sądzie o „The end of the f***ing world”.